Królowa
Południa - Arturo Pérez-Reverte
Wtedy on wychodził z domu i szedł do śródmieścia. Przez jakiś czas
Teresa podejrzewała, że ma kochankę - na pewno miał kochanki, jak
wszyscy, ale ona bała się, że ma jedną, wybraną. Szalała ze wstydu
i zazdrości, więc któregoś ranka poszła za nim aż do bazaru Garmendia,
kryjąc się między ludźmi, i zobaczyła, jak wchodzi do baru La Ballena:
DOMOKRĄŻCOM, ŻEBRAKOM I NIELETNIM WSTĘP WZBRONIONY. Napis przy wejściu
nie wspominał o kobietach, ale wszyscy wiedzieli, że to jedna z niepisanych
reguł obowiązujących w lokalu: wyłącznie piwo, wyłącznie dla mężczyzn.
Długo, przeszło pół godziny, stała naprzeciwko, przed sklepem z butami,
cały czas patrzyła na otwierające się drzwi i czekała, aż wyjdzie.
Ale on nie wychodził, więc w końcu przeszła przez ulicę i weszła do
restauracji obok, której sala łączyła się z barem. Zamówiła colę,
podeszła do drzwi w głębi i rozejrzała się, zobaczyła salę całą zastawioną
stołami, pod ścianą szafę grającą, z której Dos Reales śpiewali Drogi
Życia. Niesamowicie o tej porze wyglądało to miejsce: przy każdym
ze stolików siedział samotny mężczyzna z butelką piwa. Po prostu.
Przy każdym stoliku. Byli w wieku Blondyna lub zdecydowanie starsi,
w kapeluszach z palmowych włókien albo w czapkach bejsbolowych na
głowach, mieli opalone twarze, czarne lub siwe wąsy, i każdy pił w
milczeniu, pogrążony we własnych myślach, nikt nie rozmawiał z nikim,
wyglądem przypominali dziwnych, zamyślonych filozofów; niektóre butelki
miały jeszcze papierowe serwetki nałożone na szyjki i wyglądało to
tak, jakby z piwem podawano białe goździki. Wszyscy milczeli, pili
i słuchali muzyki, bo od czasu do czasu ktoś wstawał i wrzucał kilka
monet do szafy grającej; przy jednym ze stolików siedział Blondyn
Dávila w swojej kurtce pilota, z nieruchomą blond głową, zupełnie
sam, i wpatrywał się w pustkę. Tak płynęła minuta za minutą, a no
przerywał bezruch tylko po to żeby zdjąć serwetkę z butelki piwa Pacífico
za siedem pesos i napić się. Dos Reales przestali śpiewać i zastąpił
ich José Alfredo z piosenką kiedy przeminą lata. Wtedy Teresa powoli
odeszła od drzwi, wyszła na ulicę i wracając do domu, rozpłakała się
bo nie mogła powstrzymać łez. Szlochała bez przerwy, sama nie wiedząc
dlaczego. Może płakała nad Blondynem, może nad samą sobą. Nad latami,
co przemijają.
moja dygresja:
wydaje mi się, że taka "La Ballena" jest w każdym miasteczku,
w każdym mieście co kilka ulic, wciśnięta gdzieś między kiosk i spożywczak,
i tam też przesiadują wąsaci faceci, każdy nad swoim piwem, czasami
samotnie, czasami po dwóch, trzech, siedzą, piją, narzekają... i nie
o to chodzi, że im się nie chce bo są leniwi z natury, albo, że to
jacyś inni "oni" sprawili, że nie udało im się zbudować
zamków planowanych "gdy pełno w szkle"; to czesto taki splot
okoliczności, pleciony przez nich i ich (raczej) mniej lub bardziej
bliskich, to efekt procesu, który prowadzi do momentu, kiedy człowiek
się poddaje, zamyka, odpuszcza sobie; podobno "Człowieka można
zabić ale nie pokonać" - tak jeden na jeden, w jakiejkolwiek
walce to prawda, ale Życie ma jednak tyle barw i odceini, tyle sposobów
a przede wszystkim czas, że niektórych ludzi jednak pokonuje... |
|