wybrane fragmenty z wcześniejszej wersji mojej strony:

start kuchnia teksty zdjęcia

Miłość w czasach zarazy - Gabriel García Márquez

Życie stałoby się dla nich czymś całkowicie odmiennym, gdyby w odpowiednim czasie uświadomili sobie, że łatwiej jest walczyć z wielkimi katastrofami małżeńskimi niż z drobnymi biedami codziennego życia. Ale jeśli razem czegoś się nauczyli, to tego, że mądrość przychodzi wtedy, kiedy nie jest już nam do niczego przydatna. Fermina Daza przez lata znosiła z ciężkim sercem radosne poranki męża.

Ludzie, których kochamy, powinni umierać razem ze swoimi rzeczami.

Korzystaj teraz, póki jesteś młody, aby przecierpieć, ile się da - bo te rzeczy nie trwają całe życie.

Przypomniała mu, że słabeusze nigdy nie wejdą do królestwa miłości, bo jest to królestwo bezlitosne i okrutne, i że kobiety oddają się wyłącznie mężczyznom o zdecydowanym charakterze, bo tylko tacy dają im poczucie bezpieczeństwa, tak im potrzebne do stawiania czoła przeciwnościom życia.

Tylko zła sława może być gorsza od złego zdrowia.

Był jeszcze zbyt młody, aby wiedzieć, że pamięć serca unicestwia złe wspomnienia wyolbrzymiając dobre i że dzięki temu mechanizmowi udaje nam się znosić ciężar przeszłości.

Była to rodzina osób długowiecznych, starzejących się, zapadających na zdrowiu i umierających niepostrzeżenie, raczej zanikających z wolna, we właściwym sobie czasie, by stać się wspomnieniem, mgiełką z innej epoki, póki zapomnienie nie wchłaniało ich całkowicie.

Języki trzeba znać wtedy, kiedy ma się coś do sprzedania. - Ale kiedy masz zamiar coś kupić, to wszyscy jakoś cię rozumieją.

...istoty ludzkie nie rodzą się raz na zawsze w dniu, w którym matki wydają je na świat, ale że życie zmusza je do ponownego i wielokrotnego rodzenia samych siebie.

Bogaczem nie. - Jestem biedakiem z forsą, a to nie jest to samo.

Jedynym bólem jaki przeraża mnie w śmierci, jest to, że można umrzeć nie z miłości.

...każdy mężczyzna dokładnie wie, kiedy zaczyna się starzeć, bo zaczyna być podobny do swego ojca.

Świat dzieli się na tych, co srają dobrze i na tych, co srają źle.

Powiedział: "Bez niej byłbym nikim". Florentino Ariza wysłuchał go niewzruszony, przytakując wszystkiemu nieznacznymi skinieniami głowy, nie odważywszy się odezwać choćby słowem, w obawie, że głos go zdradzi. Niemniej, dwa lub trzy kolejne zdania wystarczyły mu, aby zrozumieć, że doktorowi Juvenalowi Urbino, pośród tylu absorbujących go zadań jeszcze starczało czasu, by adorować swą małżonkę niemal w tym samym stopniu, co i on, i prawda ta go poraziła. Ale nie mógł zareagować tak, jakby chciał, bo serce zrobiło mu wówczas jeden z tych kurewskich kawałów, jakie tylko serce może wymyślić: objawiło mu, że on i ów człowiek, którego zawsze uważał za osobistego wroga, byli ofiarami tego samego przeznaczenia, dzieląc los wspólnej namiętności: dwa zwierzęta pociągowe zaprzęgnięte do tego samego jarzma. Po raz pierwszy w ciągu tych nie kończących się dwudziestu siedmiu lat oczekiwania Florentino Ariza nie mógł znieść przeszywającego bólu, wiedząc, że ten godny podziwu człowiek musi umrzeć, aby on mógł być szczęśliwy.

Odpowiedziała niemal bez namysłu: "To człowiek, który robi wiele rzeczy, może zbyt wiele, ale sądzę, że nikt nie wie, co on naprawdę myśli". Następnie zastanowiła się, rozgryzając gumkę przy ołówku swymi ostrymi i dużymi zębami rosłej Murzynki, by wreszcie wzruszając ramionami, położyć kres nieistotnej dla siebie sprawie.

Może właśnie dlatego robi tyle rzeczy - powiedziała. Żeby nie myśleć.

...był bowiem święcie przekonany, że kobieta, która już raz poszła do łóżka z mężczyzną, będzie z nim szła za każdym razem, kiedy mężczyzna zechce, o ile potrafi ją za każdym razem przekonać do tego swą czułością. Dzięki temu przekonaniu potrafił wszystko ścierpieć, obojętnie znieść wszystko, choćby i najpaskudniejsze strony miłości, byle nie dać żadnej kobiecie urodzonej z kobiety szansy podjęcia ostatecznej decyzji.

Poznawszy kobiety aż za dobrze w czasie swych polowań samotnego myśliwego, Florentino Ariza miał dość czasu i sposobności, aby dojść do wniosku, że świat pełen jest szczęśliwych wdów. Widział, jak oszalałe z bólu przy zwłokach małżonka błagały, by pogrzebano je żywcem w tej samej trumnie, nie chciały bowiem bez niego stawiać czoła ślepym trafom przyszłości, ale w miarę jak godziły się ze swym nowym stanem, można było dostrzec jak, coraz bardziej odmłodzone, odradzały się z popiołów. Początkowo, niczym pasożyty, żyły cieniami opustoszałych domostw, stając się zauszniczkami swych służących, kochankami swych poduszek, nie mając nic do roboty po tylu latach jałowej niewoli. Marnotrawiły nadmiar wolnych godzin przyszywając do ubrań nieboszczyka guziki, na których przyszycie nigdy przedtem nie starczało im czasu, prasowały raz i drugi jego koszule, usztywniając mankiety i kołnierzyki parafiną, żeby zawsze były w doskonałym stanie. Nadal do mydelniczki w łazience kładły jego mydło, ścieliły łóżko poszwą z lego inicjałami, stawiały przy jego miejscu na stole talerz i sztućce, na wypadek gdyby bez uprzedzenia wrócił po śmierci, tak jak zwykł to robić za życia. Ale podczas celebrowania tych mszy samotności nabierały przekonania, że Ponownie są paniami swojej woli, mimo zrzeknięcia się me tylko swego rodowego nazwiska, ale i własnej tożsamości, wszystko to w zamian za poczucie bezpieczeństwa, które nie było niczym innym niż jeszcze jednym panieńskim złudzeniem. Tylko one znały ciężar kochanego przez nie do granic obłędu mężczyzny, który być może też je kochał, ale którego musiały niańczyć do ostatniego jego tchu, karmiąc go własną piersią, zmieniając zababrane pieluchy, zabawiając matczynymi oszustwami, aby przełamać w nim ów poranny strach przed wyjściem i zetknięciem się z rzeczywistością. A jednak kiedy widziały, jak z ich poduszczenia wychodził wreszcie z domu, by stawić czoło światu, to właśnie one czuły wówczas obawę, że mężczyzna już nigdy nie wróci. Życie takie już było. Miłość, o ile istniała, była czymś zupełnie innym: innym życiem.

Przeciwny był jakimkolwiek naukowym wywodom uzasadniającym, iż dwie ledwie znające się osoby, których nie łączą najmniejsze więzy pokrewieństwa, o dwóch odmiennych charakterach, odmiennej kulturze i nawet odmiennej płci, mają ni stąd, ni zowąd, czuć się zobowiązane do tego, by razem żyć, spać w tym samym łóżku i dzielić swój los, który być może dla każdego z osobna, miał być krańcowo odmienny. Mawiał: "Problem małżeństwa polega na tym, że kończy się ono co noc, z chwilą gdy przestajemy się kochać, i każdego dnia rano trzeba przed śniadaniem ponownie przystępować do jego odtwarzania". Tym bardziej, mawiał, dotyczy to ich małżeństwa, dwóch osób z dwóch antagonistycznych klas społecznych, a przy tym w mieście śniącym wciąż o powrocie wicekrólów. Jedynym możliwym spoiwem mogło być coś tak nieprawdopodobnego i zmiennego jak miłość, o ile w ogóle była, a w ich przypadku nie było jej, kiedy się pobierali, przeznaczenie zaś nie zrobiło nic poza zderzeniem ich z rzeczywistością, kiedy byli o krok od jej znalezienia.

"Przynajmniej nie poszło mi tak źle, jakby poszło tobie, gdybyś próbowała leczyć chorych". Nauczka nic nikomu nie dała. Z biegiem lat oboje dochodzili, różnymi zresztą drogami, do mądrej konkluzji, że nie da się żyć razem inaczej, ani kochać inaczej: na tym świecie nie ma nic trudniejszego od miłości.

Był to ostatni akt dwutygodniowych, gorzkich egzorcyzmów, za pomocą których usiłowała pogodzić się ze swoim nowym stanem. Chciała ponownie być wyłącznie sobą, odzyskać wszystko, z czego musiała rezygnować przez pół wieku pańszczyzny, która, uczyniwszy ją szczęśliwą, bez wątpienia ograbiła ją zarazem, jak się okazało, po śmierci męża, z najdrobniejszych śladów i własnej tożsamości. Była zjawą w obcym, ogromnym i opustoszałym domu, po którym chodziła jak błędna owca, zadając sobie pełne trwogi pytanie, kto tu jest bardziej martwy: ten, co umarł, czy ta, co została.

Śmierć nie ma wyczucia śmieszności - odparł, i dodał z żalem - tym bardziej w naszym wieku.

...ciało trzyma się, dopóki my się trzymamy.

Nie wierzę w Boga, ale się go boję.

W końcu listy są własnością tego, kto je pisze. Nieprawdaż?

Florentino Ariza pokonywał schody, zarówno w dół, jak i w górę ze szczególną ostrożnością, nawet w młodości, bo zawsze przekonany był, że starość zaczyna się z pierwszym, niegroźnym upadkiem, śmierć zaś następuje przy drugim. Strome i wąski schody prowadzące do jego biura uważał za najbardziej niebezpieczne, schodził więc i wchodził na nie przypatrując się bacznie każdemu stopniowi i kurczowo trzymając się obu rękami poręczy, i to od dawna, zanim jeszcze musiał zacząć uważać, by nie powłóczyć nogami.

To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie.

Miłość staje się głębsza i szlachetniejsza w nieszczęściu.

 


        kontakt