Grek
Zorba - Nikos Kazantzakis
Świat jest dożywotnim więzieniem — Przeklętym
dożywotnim więzieniem.
Być może, niewiele im pomożemy próbując ocalić innych, ocalimy siebie.
"Jedynym sposobem ocalenia siebie jest walka o ocalenie innych..."
Twarz jak uśmiechnięta, nieruchoma maska. Co dzieje się pod tą maską
— to nasza sprawa.
Dusza ludzka, uwięziona w cielesnym bagnie, jest surowa i niedoskonała.
Jej odczucia są jeszcze prymitywne, zwierzęce. Nie może przewidzieć
niczego w sposób jasny i pewny.
Znając już imię mego nieszczęścia, może będę mógł skuteczniej z nim
walczyć. Nie było już bezcielesne i nieuchwytne, przybrało nazwę i kształt.
Strofy, które wybiorę o świcie, użyczą swojego rytmu całemu dniu.
Żywe serce, szerokie żarłoczne usta, wielka prosta dusza, zrośnięta
jeszcze z matką-ziemią.
— Chodźmy — powiedziałem wstając. — Niech nas
Bóg wspomaga!
— ... I diabeł — uzupełnił spokojnie Zorba.
Jestem wolny, a moje serce jest mi posłuszne. Od lat ćwiczę je, aby
obdarzało mnie radością, a ty, niebo, możesz spływać deszczem, ile zechcesz".
Mądre, sprawiedliwe myśli przychodzą wraz ze starością i spokojem. Kiedy
się jest bezzębnym starcem, łatwo mówić: "Hańba, chłopcy, nie wolno
gryźć!" Ale gdy się ma wszystkie trzydzieści dwa zęby... Tak, szefie,
młody człowiek jest jak dzika bestia, która pożera ludzi.
A jeśli dobry Bóg istnieje, tym gorzej, przepadłem z kretesem. Patrzy
na mnie z nieba i pokłada się ze śmiechu.
Słuchaj, kiedyś przechodziłem przez wioskę. Jakiś dziewięćdziesięcioletni
dziadunio sadził drzewo migdałowe. "Hej, dziadku! — wołam.
— Sadzisz drzewo migdałowe?" A on, zgarbiony, odwrócił się
i powiedział: "Tak, mój synu, ja postępuję tak, jakbym nigdy nie
miał umrzeć!" "A ja — odparłem — postępuję tak,
jakbym miał umrzeć w każdej chwili". Kto z nas dwóch miał rację,
szefie? — Spojrzał na mnie triumfalnie. — Tu cię mam! —
powiedział.
"Wszystko na tym świecie ma swój ukryty sens — pomyślałem.
— Ludzie, zwierzęta, drzewa, gwiazdy są tylko hieroglifami. Biada
temu, kto zechce je odczytać i odgadnąć ich znaczenie... Kiedy spoglądasz
na nie, nie wiesz, co one znaczą, i myślisz, że to ludzie, zwierzęta,
drzewa, gwiazdy. Dopiero po latach, kiedy jest już za późno, pojmiesz..."
Mój dziadek, a ojciec matki, mieszkający w jednej z wiosek na Krecie,
co wieczór brał latarkę i obchodził całą wieś, aby zobaczyć, czy przypadkiem
nie zjawił się ktoś obcy. Przyprowadzał go do domu, karmił i poił obficie,
po czym siadał na dywanie, zapalał długą turecką fajkę, zwracał się
do swego gościa i jakby nadeszła chwila rewanżu, nakazywał mu:
— Opowiadaj!
— O czym mam opowiadać, ojcze Mustogiorgisie?
— Kim jesteś, skąd przybywasz, jakie kraje i wioski obejrzały
twoje oczy. Opowiadaj wszystko, wszystko. Jazda, mów!
I przybysz opowiadał, mieszając prawdę z kłamstwem, a mój dziadek słuchał
paląc cybuch i wędrował z nim, siedząc spokojnie na dywanie. A jeśli
gość mu się podobał, mówił:
— Nie wyjeżdżaj, zostań do jutra. Masz jeszcze wiele do
powiedzenia!
Dziadek mój nigdy nie opuszczał wioski. Nie był nawet w Kastellionie
ani w mieście Rethymnon.
— Po co mam tam iść? — mówił. — Ludzie z tych
miast, Bóg z nimi, przechodzą tędy. Oba miasta przybywają do mnie. Po
cóż więc miałbym wędrować do nich?
Teraz ja, tu, na wybrzeżu Krety, kontynuuję manię swojego dziadka. Ja
też znalazłem gościa, jakbym go ze świecą szukał; nie pozwalam mu odejść,
kosztuje o wiele więcej niż jeden posiłek, ale wart jest tego. Co wieczór
czekam na niego po pracy, sadzam go naprzeciwko i posilamy się, a gdy
przychodzi jego chwila rewanżu, mówię: "Opowiadaj!" Słucham
go paląc fajkę. Ten gość zwiedził wiele lądów, przemierzył gruntownie
duszę ludzką. Słucham go niestrudzenie: "Mów, Zorbo, mów!"
Wystarczy, by otworzył usta, a staje przede mną cała Macedonia, na niewielkiej
przestrzeni między Zorbą a mną ukazują się jej góry, lasy, wody, partyzanci,
pracowite kobiety i prości, ciężcy mężczyźni... Zjawia się też góra
Athos z dwudziestu jeden klasztorami, arsenałami i wałkoniami o ciężkich
tyłkach. Kończąc historię o mnichach, Zorba targa swój kołnierz i mówi
śmiejąc się głośno:
—Niech cię Bóg strzeże, szefie, od rufy muła i dziobu mnicha!
"Oto jest wolność — pomyślałem. — Niewolnik namiętności
zbierania złotych monet nagle przezwycięża tę namiętność i rozrzuca
swój skarb na cztery wiatry".
Wyzwolić się z jednej namiętności, aby poddać się innej, szlachetniejszej...
Ale czyż to również nie jest forma niewoli? Poświęcać się dla idei,
dla rodzaju ludzkiego, dla Boga? A może im dalej znajduje się pan, tym
dłuższy sznur na szyi niewolnika. Możemy wtedy bawić się i dokazywać
na szerszej arenie i umrzeć nie naciągnąwszy sznura do końca. Czy nie
to właśnie nazywamy wolnością?
— Powiedz mi, szefie, co to znów znaczy — czerwona
woda. Stary pień wypuszcza gałęzie, zwisają z nich jakieś kwaśne ozdóbki,
a po pewnym czasie dojrzewają w słońcu, stają się słodkie jak miód;
nazywamy je winogronami, zrywamy je, wyciskamy sok i wlewamy do beczek,
gdzie fermentuje; otwieramy na świętego Nikodema. Wino gotowe! Cud!
Pijesz ten czerwony sok i dusza ci olbrzymieje, nie mieści się już w
swojej starej skorupie, wyzywa Boga do walki. Powiedz, szefie, jak to
się dzieje.
— Nie wnikaj tak w ich życie, szefie — upominał mnie
ze złością. — Twoje serce ulegnie, polubisz ich bardziej niż trzeba,
niż wymaga interes, i cokolwiek zrobią, wybaczysz... A wtedy - biada
im, całą robotę diabli wezmą. Biada im - wiedz o tym. Kiedy szef jest
twardy, robotnicy szanują go, pracują, kiedy jest słaby - wchodzą mu
na głowę, leniuchują. Rozumiesz?
Zostaw ludzi w spokoju, szefie, nie staraj się otwierać im oczu. Gdybyś
im otworzył - cóż by zobaczyli? Własną nędzę! Niech więc mają oczy zamknięte...
I niech dalej śnią!
Nawet największy z proroków nie mógł zaofiarować ludziom nic więcej
niż hasło, im mniej konkretne - tym większy prorok.
"Ten człowiek - myślałem - nie chodził do żadnych szkół, jego umysł
nie jest więc zdeformowany. Przeżył niejedno, ma otwartą głowę, a serce
nie straciło pierwotnej odwagi. Wszystkie zawiłe problemy przecina jednym
cięciem miecza jak jego rodak Aleksander Wielki. Nie grozi mu upadek,
gdyż mocno całym ciałem opiera się o ziemię. Dzicy w Afryce czczą węża,
ponieważ całym ciałem dotyka ziemi i dzięki temu zna wszystkie jej tajniki.
Poznaje je brzuchem, ogonem i głową. Dotyka ziemi, łączy się z nią,
stanowi jedność z macierzą. Taki jest właśnie Zorba. My, ludzie wykształceni,
jesteśmy jak nierozumne ptaki na wietrze".
- To też jest historia bez końca - mawiał często Zorba, stawiając garnek
na ogniu. - Nie tylko przeklęta kobieta jest odwieczną sprawą, jedzenie
też.
- Powiedz mi, co robisz z jedzeniem, które spożywasz, a powiem ci, kim
jesteś. Jedni przerabiają je na tłuszcz i nawóz, inni na pracę i zabawę,
jeszcze inni - jak słyszałem - na boskość. Istnieją więc trzy rodzaje
ludzi. Ja, szefie, nie należę do najgorszego z nich ani do najlepszego.
Jestem pośrodku. To, co jem, przerabiam na pracę i dobry humor. To nie
jest najgorsze.
Prawda, zapomniałem ci powiedzieć, że mam brata - poważny, domator,
liczykrupa, hipokryta, pobożniś, krótko mówiąc - podpora społeczeństwa.
Byłem głodny, zjadłem kilka rodzynków, migdałów i kawałek chleba. Oczekiwałem
powrotu Zorby, który przynosił z sobą wszystko, co może uradować serce
człowieka niewinny śmiech, dobre słowo, smaczny posiłek.
Co mam opowiadać! To nie są sprawy, o których się opowiada, szefie!
Związki legalne są bez smaku jak potrawa bez pieprzu. O czym tu mówić?
Cóż to za pocałunek, na który święci patrzą i błogosławią mu. W naszej
wiosce powiadają: "Tylko kradzione mięso smakuje!" Własna
żona nie jest kradzionym mięsem.
Ponure, duszne godziny mżawki są utkane z cierpienia. W takich chwilach
przychodzą na myśl gorzkie wspomnienia ukryte głęboko w duszy - rozłąka
z przyjaciółmi, zgasłe uśmiechy kobiet, nie spełnione nadzieje jak motyle,
którym wyrwano skrzydła, czyniąc z nich toczące moje serce robaki.
Nawet najwznioślejsze idee, widziane od podszewki, są tylko bawidełkami
wypchanymi trocinami ze zręcznie ukrytą w środku sprężyną.
- Nie masz zamiaru ożenić się, Mimithosie?
- Ja? Jeszczem nie zwariował! Co ty gadasz, chłopie? Mam sobie wziąć
kłopot na głowę? Kobieta potrzebuje butów! Skąd jej wezmę? Widzisz,
sam chodzę boso!
- Nie masz butów?
- Jak to nie mam? W ubiegłym roku ktoś zmarł i ciotka Lenio ściągnęła
mu z nóg. Ale wkładam je tylko na Wielkanoc, kiedy idę do kościoła pokazać
się popu. Potem ściągam je, przerzucam przez ramię i niosę do domu.
- A co najbardziej lubisz, Mimithosie?
- Przede wszystkim chleb, zwłaszcza gdy jest świeży, chrupiący, a do
tego pszenny! Potem wino i sen.
- A kobiety?
- Tfu! Jedz, pij i sypiaj dobrze, mówię ci! Wszystko inne - bałamuctwa!
- Życie w odróżnieniu od śmierci jest pasmem kłopotów - ciągnął Zorba.
- Wiesz, co znaczy żyć? Popuszczać pasa i szukać guza.
W wyobraźni wydawał już zarobione pieniądze na podróże, kobiety i nowe
przygody. Z niecierpliwością czekał dnia, kiedy zdobędzie dostateczną
ich ilość, kiedy jego skrzydła - bo pieniądze nazywał skrzydłami - staną
się dostatecznie wielkie, aby mógł wyfrunąć.
"Kto stworzył ten labirynt niepewności, tę świątynię dufności,
naczynie grzechu, pole usiane tysiącem zasadzek, przedsionek piekła,
kosz po brzegi napełniony chytrością, truciznę słodką jak miód, łańcuch,
który wiąże śmiertelnych z doczesnością - kobietę?"
Rano budziłem się wyczerpany i pokonany, a walka zaczynała się od nowa.
Czasami unosiłem głowę znad papierów. Było to zwykle pod koniec popołudnia;
światło nikło, osaczała mnie ciemność. Dni były coraz krótsze, zbliżało
się Boże Narodzenie. Walczyłem wciąż zaciekle, mówiąc sobie: "Nie
jestem samotny. Tak potężna siła jak światło i też walczy, raz pokonana,
kiedy indziej - zwycięska, budząca nadzieję. Będę walczył i zwyciężę
wraz z nią".
Zapadła noc. Dwa czy trzy kruki wracały spiesznie do swych gniazd, z
dziupli wyfruwały na polowanie sowy, zaś ślimaki, liszki, dżdżownice
i polne myszy wychodziły na świat, by zostać przez nie pożarte.
Znalazłem się w kręgu tajemniczego węża zjadającego własny ogon. Ziemia
rodzi i pożera własne dzieci, rodzi nowe i znów pochłania.
Gdy się na coś zdecydujesz,
To odważnie naprzód idź.
Puść młodości swojej wodze,
Nie szczędź jej, nie bój się żyć.
Śmielej idź, do diabłów kroćset,
Stanie się, co ma się stać.
Możesz wszystko naraz stracić,
Albo los najlepszy brać!
- W dzień się pracuje - stwierdził. - Dzień jest jak mężczyzna. W nocy
jest czas na rozrywki, noc jest kobietą. Nie można mieszać jednego z
drugim!
Zdawało się, że im wyżej wchodzimy, tym czystsze i radośniejsze stają
się nasze dusze. Raz jeszcze przekonałem się, jaki wpływ wywiera na
umysł czyste powietrze, głęboki oddech i bezkresny horyzont. Mogłoby
się zdawać, że dusza również jak zwierzę ma płuca i nozdrza, że łaknie
tlenu i dusi się w pyle i smrodzie.
Kobieta jest jak świeże źródło. Pochylasz się nad nim, widzisz swoją
twarz, pijesz, pijesz, aż ci dech zapiera. Potem przychodzi inny; on
też ma pragnienie, pochyla się, widzi swoją twarz i też pije. I znów
inny... Kobieta jest jak źródło...
To jest mój plan - jak ci się podoba?
- Wcale mi się nie podoba. Dlaczego Matka Boska ma odpowiadać za twoje
ekscesy?
- Odpowiada, i to bardzo! Urodziła syna: Boga, Bóg stworzył mnie: Zorbę
- i dał mi to, co wiesz, a ja rozumiem, a to z kolei sprawia, że tracę
głowę na widok kobiety i otwieram portfel. Teraz rozumiesz? Najświętsza
Panienka zawiniła, niech płaci.
- Jutro zadmie pustynny wiatr z południa - rzekł. - Zmieni się pogoda.
Pączki na drzewach nabrzmiewają jak dziewczęce piersi, które nie mieszczą
się już w staniczkach... Ech, wiosno, wietrznico, wynalazku diabła!
Zamilkł, ale po chwili ciągnął dalej:
- Wszystko, co dobre na świecie, to wynalazek diabła: piękne kobiety,
wiosna, pieczony prosiak, wino. Bóg zaś stworzył mnichów, napar z szałwii,
posty i brzydkie kobiety. Niech to licho porwie!
A więc szybko - sztywne kołnierzyki i krawaty! Przywdziewamy maskę powagi!
Głowy można nie mieć, wystarczy, gdy będzie kapelusz...
|
|