Szachinszach - Ryszard Kapuściński
Szczerze mówiąc, ilekroć mieszkam w hotelu - co zdarza
mi się często - lubię, żeby w pokoju panował bałagan, ponieważ, stwarza
on wrażenie jakiegoś życia, jest namiastką intymności i ciepła, jest
dowodem (co prawda złudnym, ale jednak), że tak obce i nieprzytulne
miejsce, jakim jest z natury każdy pokój w hotelu, zostało choćby częściowo
pokonane i oswojone. W pokoju pedantycznie wysprzątanym czuję się drętwo
i samotnie, uwierają mnie wszystkie linie proste, kanty mebli, płaszczyzny
ścian, razi cała ta obojętna i sztywna geometria, całe to mozolne i
skrupulatne uszykowanie, które istnieje jakby samo dla siebie, bez śladu
naszej obecności. Na szczęście już po kilku godzinach pobytu, pod wpływem
moich działań (zresztą nieświadomych, wynikających z pośpiechu lub lenistwa),
cały zastany porządek rozsypuje się i przepada, wszystkie rzeczy nabierają
życia, zaczynają przenosić się z miejsca na miejsce, wchodzić w coraz
to nowe układy i związki, robi się ciasno i barokowo, a tym samym bardziej
życzliwie i swojsko. Można odetchnąć i rozluźnić się wewnętrznie.
Tyle mogą mi powiedzieć, posługując się nieskładnym i łamanym angielskim.
Wszyscy, którzy uczą się angielskiego, powinni wiedzieć, że tym językiem
coraz trudniej porozumieć się na świecie. Podobnie coraz trudniej porozumieć
się po francusku i w ogóle w jakiejkolwiek mowie, która pochodzi z Europy.
Kiedyś Europa panowała nad światem, wysyłając na wszystkie kontynenty
swoich kupców, żołnierzy, misjonarzy i urzędników, narzucając innym
swoje interesy i kulturę (tę ostatnią w problematycznym wydaniu). Nawet
w najbardziej odległym zakątku ziemi znajomość języka europejskiego
należała wówczas do dobrego tonu, świadczyła o starannym wychowaniu,
a często była życiową koniecznością, podstawą awansu i kariery czy choćby
warunkiem, aby uważali nas za człowieka. Tych języków uczono w afrykańskich
szkołach, przemawiano nimi w egzotycznych parlamentach, używano ich
w handlu i w instytucjach, w azjatyckich sądach i w arabskich kawiarniach.
Europejczyk mógł podróżować po całym świecie i czuć się jak u siebie
w domu, wszędzie mógł wypowiadać swoje zdanie i rozumieć, co do niego
mówią. Dzisiaj świat jest inny, na kuli ziemskiej rozkwitły setki patriotyzmów,
każdy naród wolałby, by jego kraj był tylko jego własnością urządzoną
wedle rodzimej tradycji. Każdy naród ma teraz rozwinięte ambicje, każdy
jest (a przynajmniej chce być) wolny i niezależny, ceni sobie własne
wartości i domaga się dla nich szacunku. Można zauważyć, jak na tym
punkcie wszyscy stali się czuli i wrażliwi. Nawet małe i słabe narody
(one zresztą szczególnie) nie znoszą, aby je pouczać, i burzą się przeciw
tym, którzy chcieliby nad nimi panować i narzucać im swoje wartości
(często naprawdę wątpliwe). Ludzie mogą podziwiać czyjąś siłę, ale wolą
robić to na odległość i nie chcą, żeby była na nich wypróbowana. Każda
siła ma swoją dynamikę, swoją tendencję władczą i ekspansywną, swoją
toporną natrętność i obsesyjną wprost potrzebę rzucania słabych na łopatki.
W tym przejawia się prawo siły. wszyscy o tym wiedzą. Ale co może zrobić
słabszy? Może tylko odgrodzić się. W naszym zatłoczonym i narzucającym
się świecie, żeby się obronić, żeby utrzymać się na powierzchni, słabszy
musi się wyodrębnić, stanąć na boku. Ludzie boją się, że zostaną wchłonięci,
że zostaną odarci, że ujednolicą im krok, twarze, spojrzenia i mowę,
że nauczą ich jednakowo myśleć i reagować, każą przelewać krew w obcej
sprawie i wreszcie ostatecznie ich unicestwią. Stąd ich niezgoda i bunt,
ich walka o istnienie własne, a więc także o własny język. W Syrii zamknęli
gazetę francuską, w Wietnamie angielską, a teraz w Iranie i francuską,
i angielską. W radio i telewizji używają już tylko swojego języka -
farsi. Na konferencjach prasowych - tak samo. Pójdzie do aresztu ten,
kto nie potrafi przeczytać w Teheranie napisu na sklepie z konfekcją
damską: Do tego sklepu wstęp dla mężczyzn wzbroniony pod karą aresztu.
Zginie ten, kto nie potrafi przeczytać napisu pod Isfahanem: Wstęp wzbroniony.
Miny! Kiedyś woziłem po świecie małe, kieszonkowe radio i słuchając
lokalnych stacji, wszystko jedno na którym kontynencie, mogłem wiedzieć,
co dzieje się na naszym globie. Teraz to radio, tak dawniej pożyteczne,
nie służy mi do niczego. Kiedy przesuwam gałkę, z głośnika odzywa się
dziesięć kolejnych radiostacji, mówiących w dziesięciu różnych językach,
z których nie rozumiem ani słowa. Tysiąc kilometrów dalej i odzywa się dziesięć nowych radiostacji, tak samo niezrozumiałych. Może mówią, że
pieniądze, które mam w kieszeni, są od dzisiaj nieważne? Może mówią,
że wybuchła wielka wojna? Podobnie jest z telewizją. Na całym świecie,
o każdej godzinie, na milionach ekranów widzimy nieskończoną liczbę
ludzi, którzy coś do nas mówią, o czymś przekonują, robią gesty i miny,
zapalają się, uśmiechają, kiwają głowami, pokazują palcem, a my nie
wiemy, o co chodzi, czego od nas chcą, do czego wzywają. Jakby to byli
przybysze z odległej planety, jakaś wielka armia reklamowych naganiaczy
z Wenus czy z Marsa, a przecież to nasi pobratymcy, cząstka naszego
rodzaju, te same kości, ta sama krew, też poruszają ustami, też słychać
głos, a nie możemy zrozumieć się ani na jotę. W jakim języku będzie
się toczyć uniwersalny dialog ludzkości? Kilkaset języków walczy o uznanie
i awans, podnoszą się bariery językowe, wzrasta niezrozumiałość i głuchota.
Nikomu nie wolno zbliżyć się do miedzy, która wyznacza granicę monarszej
ziemi. Pewnego dnia odbywa się pokazowa egzekucja - to z rozkazu szacha
pluton wojska rozstrzeliwuje osła, który nie bacząc na zakazy wszedł
na łąkę należącą do Rezy khana. Na miejsce egzekucji spędzono okolicznych
chłopów, żeby nauczyli się szanować pańską własność.
Rzym o tej letniej, wakacyjnej porze jest miastem pełnym turystów, na
włoskich plażach panuje tłok (właśnie w modę wchodzi kostium bikini).
Europa wypoczywa, wczasuje, zwiedza zabytki, odżywia się w dobrych restauracjach,
wędruje po górach, rozbija namioty, nabiera sił i zdrowia na jesienne
chłody i śnieżną zimę.
Dwa lata rządów doktora Mossadegha dobiegły końca. Doktor, któremu od
dawna grozi zamach (spiskują przeciw niemu, demokracie i liberałowi,
zarówno ludzie szacha, jak i fanatycy islamscy), przeniósł się ze swoim
łóżkiem, walizką piżam (miał zwyczaj urzędować w piżamie) i torbą z
obfitym zapasem lekarstw do parlamentu, gdzie sądzi, że jest najbezpieczniej.
Tutaj mieszka i urzęduje nie wychodząc na zewnątrz, załamany już do
tego stopnia, że ci, którzy go widzieli w owych dniach, zwrócili uwagę
na łzy w jego oczach. Wszystkie jego nadzieje zawiodły, jego obliczenia
okazały się błędne. Wyrugował Anglików z pól naftowych głosząc, że każdy
kraj ma prawo do własnych bogactw, ale zapomniał, że siła stoi przed
prawem. Zachód ogłosił blokadę Iranu i bojkot irańskiej nafty, która
stała się na rynkach owocem zakazanym. Mossadegh liczył, że w sporze
z Anglią jego racje uznają Amerykanie i że mu pomogą. Ale Amerykanie
nie podali mu ręki. Iran, który poza naftą nie ma wiele do sprzedania,
stanął na skraju bankructwa.
Tak. oczywiście może pan nagrywać. Teraz to już nie jest tematem zakazanym.
Przedtem - tak. Czy pan wie. że przez dwadzieścia pięć lat nie wolno
było publicznie wymówić jego nazwiska? Że słowo Mossadegh zostało wykreślone
ze wszystkich książek? Ze wszystkich podręczników? I niech pan sobie
wyobrazi, że teraz młodzi ludzie, którzy - sądziło się - nic o nim nie
powinni wiedzieć, szli na śmierć niosąc jego portrety. Ma pan najlepszy
dowód, co daje takie wykreślanie, całe to przerabianie historii. Ale
szach tego nie rozumiał. Nie rozumiał, że można człowieka zniszczyć,
ale to wcale nie znaczy, że on przestanie istnieć. Przeciwnie, jeśli
mogę tak powiedzieć, on zacznie istnieć jeszcze bardziej. To są paradoksy,
z którymi żaden despota nie może sobie poradzić. Machnie kosą, ale trawa
zaraz odrasta, machnie jeszcze raz, a trawa rośnie wysoka jak nigdy.
Bardzo pocieszające prawo natury. Mossadegh! Anglicy nazywali go poufale
- Old Mossy. Byli wściekli na niego, ale jednak darzyli go jakimś szacunkiem.
Żaden Anglik nie oddał strzału w jego stronę. Trzeba było dopiero ściągać
naszych rodzimych umundurowanych łotrów. W ciągu kilku dni zaprowadzili
swoje porządki! Mossy poszedł na trzy lata do więzienia. Pięć tysięcy
ludzi poszło pod ścianę albo padło na ulicy. Ma pan cenę uratowania
tronu. Smutne, krwawe i brudne entree. Pyta pan, czy Mossadegh musiał
przegrać? Przede wszystkim on nie przegrał, on wygrał. Pan nie może
mierzyć takich ludzi miara urzędu, tylko miara historii, a są to różne
rzeczy. Takiego człowieka można usunąć z urzędu, ale nikt nie usunie
go z historii, ponieważ nikt nie będzie zdolny wykreślić go z pamięci
ludzi. Pamięć jest prywatną własnością, do której żadna władza nie ma
dostępu. Mossy mówił, że ziemia, po której chodzimy, jest nasza i wszystko,
co znajduje się w tej ziemi, jest nasze. W tym kraju nikt przed mm nie
wyraził tego w taki sposób. Mówił także - niech wszyscy powiedzą to,
co myślą, niech zabiorą głos, chcę słyszeć wasze myśli. Pan rozumie,
po dwóch i poł tysiącach lat despotycznego upodlenia zwrócił naszemu
człowiekowi uwagę na to, że jest istotą myślącą. Tego niedy nie zrobił
żaden władca! To, co mówił Mossy, zostało zapamiętane, to weszło ludziom
do głowy i żyje w nich do dnia dzisiejszego. Zawsze najlepiej pamiętamy
słowa, które otwierały nam oczy na świat. A to były takie właśnie słowa.
Czy może ktoś powiedzieć, że w tym, co robił i głosił, nie miał racji?
Nikt uczciwy nie wyrazi podobnej opinii. Dzisiaj wszyscy stwierdzą,
że miał rację, tylko problem polegał na tym, że on miał rację za wcześnie.
Pan nie może mieć racji za wcześnie, gdyż wtedy ryzykuje pan własną
karierą, a czasem własnym życiem. Każda racja dojrzewa długo, a ludzie
w tym czasie cierpią albo błądzą w ciemnościach. Ale nagle przychodzi
człowiek, który głosi tę rację, nim ona jeszcze dojrzała, nim stała
się prawdą powszechną, i wtedy przeciw takiemu heretykowi powstają siły
panujące i rzucają go na płonący stos albo strącają do lochu, albo wieszają
na szubienicy, ponieważ zagraża ich interesom, zakłóca ich spokój. Mossy
wystąpił przeciw dyktaturze monarchii i przeciw zależności kraju. Dzisiaj
monarchie upadają jedna po drugiej, a zależność musi ukrywać się pod
tysiącem postaci, tak wielkie budzi sprzeciwy. Ale on z tym wystąpił
przed trzydziestu laty, kiedy tutaj nikt głośno nie odważył się powiedzieć
tych oczywistych rzeczy.
Nafta rozpala niezwykłe emocje i namiętności, ponieważ nafta jest przede
wszystkim wielką pokusą. Jest pokusą łatwych i olbrzymich pieniędzy,
bogactwa i siły, fortuny i potęgi. Jest to brudna i cuchnąca ciecz,
która ochoczo tryska w górę, a potem opada na ziemię w postaci szeleszczącego
deszczu pieniędzy. Ktoś, kto odkrył i posiadł źródło ropy, czuje się
tak, jakby po długiej wędrówce w podziemiach napotkał nagle skarbiec
królewski. Nie tylko stał się bogaczem, ale nawiedza go nieco mistyczne
przekonanie, że jakaś wyższa siła spojrzała na niego łaskawym okiem,
że szczodrobliwie wyniosła go ponad innych i obrała swoim faworytem.
Zachowało się wiele fotografii, na których utrwalona jest chwila, kiedy
z szybu następuje pierwszy wytrysk ropy: ludzie skaczą z radości, padają
sobie w objęcia, płaczą. Trudno by wyobrazić sobie robotnika, który
wpada w euforię po wkręceniu kolejnej śrubki na taśmie montażowej, lub
uznojonego chłopa, który skacze z radości idąc za pługiem. Bo też ropa
daje złudzenie życia zupełnie odmiennego, życia bez wysiłku, życia za
darmo. Ropa jest surowcem, który zatruwa myśli, mąci wzrok, demoralizuje.
Ludzie z biednego kraju chodzą i rozmyślają: Boże, żebyśmy mieli ropę!
Myśl o nafcie doskonale wyraża odwieczne ludzkie marzenie o bogactwie
osiągniętym przez szczęśliwy przypadek, przez łut szczęścia, a nie drogą
wysiłku, potu, męki, katorgi. W tym sensie ropa jest bajką i jak każda
bajka - jest kłamstwem. Ropa napełnia człowieka taką pychą, iż zaczyna
wierzyć, że może łatwo zburzyć tak oporną i nieustępliwą kategorię,
jaką jest czas. Mając ropę, mawiał ostatni szach, w ciągu jednego pokolenia
stworzę drugą Amerykę! Nie stworzył. Ropa jest silna, ale ma też słabe
strony - nie zastępuje myślenia, nie zastępuje mądrości. Jedną z kuszących
zalet ropy, która najbardziej pociąga panujących, jest to, że ropa umacnia
władzę. Ropa daje wielkie zyski, ale pracuje przy niej niewielu ludzi.
Ropa jest społecznie mało kłopotliwa, bo nie wytwarza licznego proletariatu
ani licznej burżuazji, a więc rząd nie musi z nikim dzielić się dochodami
i może nimi swobodnie dysponować wedle własnych pomysłów i chęci. Spójrzmy
na ministrów z krajów naftowych - jak wysoko unoszą głowy, jakie mają
poczucie siły, oni, energetyczni lordowie, którzy zdecydują, czy jutro
będziemy jeździć samochodem, czy chodzić piechotą. A nafta i meczet?
Ile wigoru, ile blasku i znaczenia dodało to nowe bogactwo ich religii
- islamowi, który przeżywa okres wzmożonej ekspansji zdobywając ciągle
nowe tłumy wiernych.
Mówi, że to, co stało się później z szachem, było w istocie bardzo irańskie.
Od niepamiętnych czasów panowanie każdego szacha kończyło się w żałosny
i haniebny sposób. Albo ginął ze ściętą głową lub z nożem w plecach,
albo - jeśli miał więcej szczęścia - wymykał się śmierci, ale musiał
uciekać z kraju i dopiero później umierał na zesłaniu, opuszczony i
zapomniany. Nie pamięta, choć może były jakieś wyjątki, żeby szach umarł
na tronie śmiercią naturalną i dokonał żywota otoczony szacunkiem i
miłością. Nie pamięta, żeby naród opłakiwał któregoś z szachów i odprowadzał
go do grobu ze łzami w oczach. W naszym stuleciu wszyscy szachowie,
a było ich kilku, tracili koronę i życie w przykrych dla siebie okolicznościach.
Lud uważał ich za okrutników, wytykał im podłość, ich odejściu towarzyszyły
wyzwiska i przekleństwa tłumu, a wiadomość o ich śmierci stawała się
radosnym świętem.
(Mówię mu, że nigdy nie zrozumiemy tych rzeczy, ponieważ dzieli nas
głęboka różnica tradycji. Poczet naszych królów składał się w większości
z ludzi, którzy nie łaknęli krwi i pozostawili po sobie dobrą pamięć.
Jeden z królów polskich zastał kraj drewniany, a zostawił murowany,
inny głosił zasadę tolerancji i nie pozwalał rozpalać stosów, jeszcze
inny obronił nas przed zalewem barbarzyństwa. Mieliśmy króla, który
nagradzał uczonych, i takiego, który przyjaźnił się z poetami. Nawet
przydomki, jakie im nadawano - Odnowiciel, Szczodry, Sprawiedliwy, Pobożny
- świadczą o tym, że myślano o nich z uznaniem i sympatią. Dlatego w
moim kraju, jeżeli ludzie słyszą, że jakiegoś monarchę spotkał okrutny
los, odruchowo przenoszą na niego uczucia zrodzone z zupełnie innej
tradycji, z innego doświadczenia i darzą tego pokaranego władcę podobnym
sentymentem, z jakim wspominamy naszych Odnowicieli i Sprawiedliwych
myśląc sobie, jakiż biedny musi być ten człowiek, któremu tak bezlitośnie
zerwali z głowy koronę!) Tak, przyznaje, bardzo trudno jest zrozumieć,
że gdzieś może być inaczej i że zabójstwo monarchy lud uznaje za wyjście
najbardziej pożądane i wręcz zesłane przez Boga.
Whisky sączona w warunkach konspiracji (a rzeczywiście trzeba konspirować
się, obowiązuje przecież prohibicja nakazana przez Chomeiniego), jak
każdy zakazany owoc, ma dodatkowy, pociągający smak. Jednakże w szklankach
jest zaledwie po kilka kropel płynu - gospodarze wyciągnęli głęboko
ukrytą, ostatnią butelkę, a wiadomo, że następnej nie będzie już gdzie
kupić. W tych dniach umierają ostatni alkoholicy, jacy istnieli w tym
kraju. Nie mogąc nigdzie kupić wódki, wina, piwa itd., wlewają w siebie
jakieś rozpuszczalniki i w ten sposób kończą życie.
- Nieszczęście polega na tym - odzywa sie pani domu, mimo panującego
półmroku widać dokładnie jej duże, błyszczące oczy - że nikt nie wie
zawczasu, w jakim stopniu wytrzyma tortury. Czy w ogóle potrafi je znieść.
A Savak to były przede wszystkim najstraszniejsze tortury. Ich metoda
polegała na tym, że porywali człowieka idącego ulicą, zawiązywali mu
oczy i o nic nie pytając wieźli prosto na salę tortur. Tam od razu zaczynała
się cała makabra - łamanie kości, wyrywanie paznokci, wsadzanie rąk
do pieca, piłowanie na żywo czaszki, dziesiątki innych okrucieństw,
i dopiero kiedy oszalały z bólu człowiek zmieniał się w roztrzaskany,
skrwawiony wrak, przystępowali do ustalania, kim on jest. Imię? Nazwisko?
Adres? Co mówiłeś o szachu? Mów, co mówiłeś? A wie pan, on mógł nic
nie mówić, to mógł być zupełnie niewinny człowiek. Niewinny? To nic,
że niewinny. W ten sposób wszyscy będą się bali, winni i niewinni, wszyscy
będą zastraszeni, nikt nie poczuje się bezpieczny. Na tym polegał terror
Savaku, że mogli uderzyć w każdego, że wszyscy byliśmy oskarżeni, ponieważ
oskarżenie nie dotyczyło uczynków, ale intencji, jakie Savak mógł każdemu
przypisać. Byłeś przeciw szachowi? Nie, nie byłem. To chciałeś być -
kanalio! I to wystarczało.
I o zdjęcie wisiało obok haseł, odezw i kilku innych fotografii na tablicy
ogłoszeń stojącej przed budynkiem komitetu rewolucyjnego w Shirazie.
Poprosiłem jakiegoś studenta, żeby przetłumaczył mi ręcznie napisane
objaśnienie, przyczepione pinezkami pod zdjęciem. Tutaj jest napisane,
powiedział, że ten chłopczyk ma trzy lata, nazywa się Habib Fardust
i że był więźniem Savaku. Jak to - więźniem? spytałem. Odpowiedział,
że były wypadki, kiedy Savak wsadzał całe rodziny, i tu chodzi o taki
wypadek. Przeczytał podpis do końca i dodał, że rodzice tego chłopca
zginęli od tortur. Wydają teraz dużo książek na temat zbrodni Savaku,
różnych dokumentów policyjnych i relacji tych, którzy przeżyli tortury.
Widziałem nawet, co było dla mnie najbardziej wstrząsające, sprzedawane
przed uniwersytetem kolorowe pocztówki przedstawiające zmasakrowane
ciała ofiar Savaku. Wszystko jak za czasów Timura, od sześciuset lat
żadnej zmiany, to samo patologiczne okrucieństwo, może nieco bardziej
zmechanizowane. Najczęściej spotykanym narzędziem, które znajdowało
się w lokalach Savaku, był podgrzewany elektrycznie żelazny stół zwany
patelnią, na który kładziono ofiarę przywiązując jej ręce i nogi. Wielu
ludzi ginęło na tych stołach. Często nim wprowadzono oskarżonego na
salę, był on już osobą o pomieszanych zmysłach, ponieważ oczekując swojej
kolejki nie wytrzymywał rozlegającego się krzyku i swądu palonego ciała.
Ale w tym świecie koszmaru postęp techniczny nie zdołał wyprzeć starych,
średniowiecznych sposobów. W więzieniach Isfahanu wrzucano ludzi do
dużych worków, w których kotłowały się oszalałe z głodu dzikie kocury
albo jadowite węże. Opowieści o tych historiach, niekiedy świadomie rozgłaszane przez samych Savakowców, krążyły latami w społeczeństwie,
przyjmowane z tym większą zgrozą, że wobec płynnej i arbitralnej definicji
wroga każdy mógł wyobrazić sobie, że znajduje się w sali takich tortur.
Dla tych ludzi Savak był siłą nie tylko okrutną, ale również obcą, był
okupantem, lokalną odmianą gestapo.
W kilka dni po konferencji prasowej, którą oglądamy na fotografii, monarcha
udziela wywiadu wysłannikowi tygodnika "Spiegel", któremu
mówi:
- Za dziesięć lat będziemy żyć na tym samym poziomie, na jakim żyjecie
wy Niemcy, Francuzi, Anglicy.
- Czy myśli pan - pyta z niedowierzaniem wysłannik - że uda się to zrobić
w ciągu dziesięciu lat?
- Tak, oczywiście.
- Ależ - mówi oszołomiony korespondent - Zachód potrzebował wielu generacji,
aby osiągnąć swój obecny poziom! Czy będzie pan w stanie to przeskoczyć?
- Oczywiście.
Myślę o tym wywiadzie teraz, gdy szacha nie ma już w Iranie i kiedy
brnę w nieprawdopodobnym błocie i gnoju wśród nędznych lepianek małej
wioski pod Shirazem, otoczony gromadą półnagich i zziębniętych dzieci,
a przed jedną z chat jakaś kobieta lepi z bydlęcego nawozu okrągłe placki,
które (w tym kraju nafty i gazu!) po wysuszeniu będą służyć w domu za
jedyny opał; otóż kiedy idę tak przez ową smutną, średniowieczną wieś
i wspominam ten wywiad, od którego minęło już kilka lat, przychodzi
mi do głowy najbanalniejsza ze wszystkich refleksja, ta mianowicie,
że nie ma takiego nonsensu, którego umysł ludzki nie byłby zdolny wymyślić.
Każdy mógł wywieźć tyle pieniędzy, ile miał, bez żadnej kontroli i ograniczeń,
wystarczyło wypełnić czek. Ale to nie wszystko, bo wywozi się ponadto
ogromne sumy, aby wydać je od ręki na prezenty i rozrywki, a także po
to, aby w Londynie czy Frankfurcie, w San Francisco czy na Wybrzeżu
Lazurowym wykupić całe ulice kamienic i willi, dziesiątki hoteli, prywatnych
szpitali, kasyn gry i restauracji. Wielkie pieniądze pozwoliły szachowi
powołać do życia nową klasę, nie znaną dawniej historykom ani socjologom
- burżuazje naftową. Niezwykły to fenomen społeczny. Burżuazja ta niczego
nie wytwarza, a jej jedynym zajęciem jest rozpasana konsumpcja. Awans
do tej klasy nie odbywa się drogą walki społecznej (z feudalizmem) ani
poprzez konkurencję (przemysłową i handlową), tylko drogą walki i konkurencji
o łaski i przychylność szacha. Awans ten może dokonać się w ciągu jednego
dnia, w ciągu jednej minuty, wystarczy słowo monarchy, wystarczy jego
podpis. Awansuje ten, kto jest szachowi bardziej wygodny, kto potrafi
mu lepiej i gorliwiej schlebiać, kto przekona go o swojej lojalności
i poddaństwie. Inne wartości i zalety są zbędne. To klasa pasożytów,
która szybko przywłaszcza sobie znaczną część dochodów naftowych Iranu
i staje się właścicielem kraju. Wszystko im wolno, ponieważ ci ludzie
zaspokajają największą potrzebę szacha - potrzebę schlebiania.
Pamiętam, że na jednym z tych wieczorów zobaczyłem po raz pierwszy ludzi,
którzy ostatnio wyszli z więzienia. Byli to pisarze, naukowcy, studenci.
Wpatrywałem się w ich twarze, chciałem dostrzec, jaki ślad zostawia
na człowieku wielki strach i wielkie cierpienie. Odniosłem wrażenie,
że w ich zachowaniu było coś nienormalnego. Poruszali się niepewnie
oszołomieni światłem i obecnością innych. W stosunku do otoczenia zachowywali
czujny dystans, jakby w obawie, że zbliżenie innego człowieka może skończyć
się dla nich biciem Jeden z nich wyglądał okropnie, miał blizny od poparzenia
na twarzy i dłoniach, chodził o lasce. Był studentem wydziału prawa,
w czasie rewizji znaleziono u niego ulotki fedainów. Pamiętam, jak opowiadał,
że Savakowcy wprowadzili go do dużej sali, gdzie jedna ściana była rozpalonym
do białości żelazem. Na podłodze leżały szyny, na szynach stało na kółkach
metalowe krzesło, do którego przywiązywali go rzemieniami. Savakowiec
nacisnął guzik i krzesło zaczęło posuwać się w stronę rozpalonej ściany.
Był to powolny, skokowy ruch, co minutę o trzy centymetry naprzód. Obliczył,
że droga do ściany będzie trwała dwie godziny, ale już po godzinie nie
mógł wytrzymać temperatury, zaczął krzyczeć, że przyzna się do wszystkiego,
choć nie miał do czego przyznać się, te ulotki znalazł na ulicy. Wszyscy
słuchaliśmy w milczeniu, student płakał. Pamiętam, że wołał - Boże,
po coś mnie pokarał tym strasznym kalectwem, jakim jest myślenie! Dlaczego
nauczyłeś mnie myśleć, zamiast nauczyć bydlęcej pokory! W końcu zasłabł,
musieli wynieść go do drugiego pokoju. Jednakże inni, którzy wyszli
z lochów, najczęściej milczeli nic mówili słowa.
Teraz najważniejszą chwilą, która zdecyduje o losach kraju, szacha i
rewolucji, jest ta, kiedy wysłany z posterunku policjant zbliża się
do stojącego na skraju tłumu człowieka i podniesionym głosem każe mu
iść do domu. I policjant, i człowiek z tłumu to zwykli, anonimowi ludzie,
a jednak ich spotkanie ma znaczenie historyczne. Obaj są ludźmi dorosłymi,
coś przeżyli, mają swoje doświadczenia. Doświadczenie policjanta: jeżeli
na kogoś krzyknę i podniosę pałkę, ten zdrętwieje z przerażenia, a potem
zacznie uciekać. Doświadczenie człowieka z tłumu: na widok zbliżającego
się policjanta zamieniam się w strach i zaczynam uciekać. Na podstawie
tych doświadczeń układamy dalszy scenariusz: policjant krzyczy, człowiek
ucieka, za nim pierzchają inni, plac pustoszeje. A jednak tym razem
wszystko dzieje się inaczej. Policjant krzyczy, ale człowiek nie ucieka.
Stoi i patrzy na policjanta. Jest to spojrzenie czujne, jeszcze z odrobiną
lęku, ale zarazem twarde i bezczelne. Tak jest! Człowiek z tłumu patrzy
bezczelnie na ubraną w mundur władzę. Nie rusza się z miejsca. Potem
rozgląda się dookoła, widzi spojrzenia innych. Są podobne: czujne, jeszcze
z odrobiną lęku, ale już twarde i nieustępliwe. Nikt nie ucieka, mimo
że policjant ciągle jeszcze krzyczy, aż w końcu przychodzi chwila, kiedy
milknie i na moment zapada cisza. Nie wiemy, czy policjant i człowiek
z tłumu zdali już sobie sprawę z tego, co zaszło. Że człowiek z tłumu
przestał się bać i że to jest właśnie początek rewolucji. Od tego ona
się zaczyna. Dotychczas, ilekroć ci dwaj ludzie zbliżali się do siebie,
natychmiast zjawiał się między nimi ktoś trzeci. Był to strach. Strach
zjawiał się jako sojusznik policjanta i wróg człowieka z tłumu. Narzucał
swoje prawo, rozstrzygał o wszystkim. A teraz ci dwaj znaleźli się sam
na sam - strach zniknął, zapadł się pod ziemię. Dotąd stosunek między
nimi był pełen emocji. Była to mieszanina agresji, pogardy, wściekłości
i lęku. Ale teraz, kiedy ustąpił strach, ten przewrotny i nienawistny
związek nagle rozpadł się, cos się wypaliło, coś zgasło. Ci dwaj stali
się sobie obojętni, nawzajem nieprzydatni, każdy mógł pójść w swoją
stronę. Toteż policjant odwraca się i zaczyna iść ociężałym krokiem
w stronę posterunku, natomiast człowiek z tłumu pozostaje na placu i
jakiś czas odprowadza wzrokiem znikającego wroga.
Strach: zaborcze, żarłoczne zwierzę, które w nas siedzi. Nie daje o
sobie zapomnieć. Ciągle nas obezwładnia i torturuje. Ciągle domaga się
strawy, ciągle musimy go karmić. Sami dbamy, aby pożywienie było najlepsze.
Jego ulubione potrawy to - ponure plotki, złe wieści, paniczne myśli,
koszmarne obrazy. Spośród tysiąca plotek, wieści i myśli wybieramy zawsze
najgorsze, a więc te, które strach najbardziej lubi. Aby go zaspokoić,
aby ugłaskać potwora. Oto widzimy człowieka, który słuchając innego
ma bladą twarz i porusza się niespokojnie. Cóż się stało? On karmi swój
strach. A jeżeli nie mamy żadnego pożywienia? Gorączkowo je wymyślamy.
A jeżeli nie możemy wymyślić (co zdarza się rzadko)? Pędzimy do innych,
szukamy ludzi, pytamy, słuchamy i zbieramy wieści tak długo, aż znowu
zaspokoimy nasz strach.
Wszystkie książki o wszystkich rewolucjach zaczynają się od rozdziału,
który mówi o zgniliźnie władzy upadającej albo o nędzy i cierpieniach
ludu. A przecież powinny one zaczynać się od rozdziału z dziedziny psychologii
- o tym, jak udręczony, zalękniony człowiek nagle przełamuje strach,
przestaje się bać. Powinien być opisany cały ten niezwykły proces, który
czasem dokonuje się w jednej chwili, jak wstrząs, jak oczyszczenie.
Człowiek pozbywa się strachu, czuje się wolny. Bez tego nie byłoby rewolucji.
Najtrudniejsze: żyjąc w pałacu wyobrazić sobie inne życie. Na przykład
- własne życie, ale bez pałacu poza nim. Człowiek będzie miał zawsze
trudności w przedstawieniu sobie takiej sytuacji. W końcu jednak znajdą
się tacy. którzy zechcą mu w tym pomóc. Niestety, czasem przy tej okazji
ginie wiele ludzi. Problem honoru w polityce. De Gaulle - człowiek honoru.
Przegrał referendum, uporządkował biurko, opuścił pałac i nigdy do niego
nie wrócił. Chciał rządzić pod warunkiem, że akceptuje go większość.
W momencie, kiedy większość odmówiła mu uznania - odszedł. Ale ilu jest
takich? Inni będą płakać, a nie ruszą się, zamęczą naród, a nie drgną.
Wyrzuceni przez jedne drzwi, wrócą drugimi, zrzuceni ze schodów, zaczną
wczołgiwać się ponownie. Będą tłumaczyć się, płaszczyć, kłamać i kokietować
- byle zostać, albo - byle wrócić. Będą pokazywać ręce - proszę, nie
ma na nich krwi. Ale sam fakt, że trzeba te ręce pokazać, okrywa najwyższą
hańbą. Będą pokazywać kieszenie - proszę, mało tam czego. Ale sam fakt
pokazywania kieszeni - jakże upokarzający. Szach, kiedy opuszczał pałac
- płakał. Na lotnisku - znowu płakał. Potem tłumaczył w wywiadach, ile
ma pieniędzy i że ma mniej, niż myślą. Jakie to wszystko żałosne, jakie
marne.
Kiedy chcę poprawić sobie nastrój i spędzić przyjemnie czas, idę na
ulicę Ferdousi, przy której pan Ferdousi prowadzi sprzedaż perskich
dywanów. Pan Ferdousi, który całe życie spędził obcując ze sztuką i
pięknem, patrzy na otaczającą go rzeczywistość jak na drugorzędny film
w tanim i zaśmieconym kinie. Wszystko jest kwestią smaku, mówi mi, najważniejsza
rzecz, proszę pana - trzeba mieć smak. Świat wyglądałby inaczej, gdyby
trochę więcej ludzi miało odrobinę więcej smaku. Wszystkie okropności
(bo nazywa to okropnościami), takie jak kłamstwo, zdrada, złodziejstwo,
donosicielstwo, sprowadza do wspólnego mianownika - takie rzeczy robią
ludzie, którzy nie mają smaku. Wierzy w to, że naród przetrwa wszystko
i że piękno jest niezniszczalne. Musi pan pamiętać, mówi mi rozwijając
kolejny dywan (którego wie, że nie kupię, ale chciałby abym nacieszył
nim oko), że to, co Persom pozwoliło pozostać Persami przez dwa i pół
tysiąca lat, to, co pozwoliło nam pozostać sobą, mimo tylu wojen, inwazji
i okupacji, to była nasza siła duchowa, a nie materialna, nasza poezja,
a nie technika, nasza religia, a nie fabryki. Co myśmy dali światu?
Myśmy dali poezję, miniaturę i dywan. Jak pan widzi, z wytwórczego punktu
widzenia same bezużyteczne rzeczy. Ale właśnie w tym wyraziliśmy siebie.
Myśmy dali światu tę cudowną, niepowtarzalną bezużyteczność. To, co
daliśmy światu, nie polegało na ułatwianiu życia, tylko na jego ozdabianiu,
oczywiście, o ile takie rozróżnienie ma sens. Bo na przykład dywan jest
dla nas potrzebą życia. Pan rozkłada dywan na strasznej, spalonej pustyni,
kładzie się na nim i czuje, że leży na zielonej łące. Tak, nasze dywany
przypominają kwitnące łąki. Pan widzi kwiaty, widzi ogród, sadzawkę
i fontannę. Między krzewami przechadzają się pawie. A dywan to trwała
rzecz, dobry dywan zachowa kolor na wieki. I w ten sposób, żyjąc w nagiej
i monotonnej pustyni, pan żyje jak w ogrodzie, który jest wieczny, który
nie traci barwy ni świeżości. A jeszcze można sobie wyobrazić, że ten
ogród pachnie, można usłyszeć szum strumienia i śpiew ptaków. I wtedy
pan czuje się dobrze, pan czuje się wyróżniony, pan jest blisko nieba,
pan jest poetą. |
|