Imperium - Ryszard Kapuściński - fragment - "Świątynia i pałac"
Ilekroć tamtędy przejeżdżam, nie mogę oderwać wzroku od tego miejsca. Wpatruję się z natężeniem, jakbym chciał coś zobaczyć, przez mgłę, przez czas, choć oczywiście niczego zobaczyć nie można.
Żeby tam dotrzeć, trzeba jadąc Leninskim Prospektem (gdzie mieszkam) w stronę centrum miasta, minąć Kamiennyj Most i zaraz skręcić na prawo w dół, a potem znowu w prawo i wyjechać na ciągnący się wzdłuż rzeki bulwar zwany Nabiereżnaja. Tam właśnie, tuż za światłami, tuż za rozpiętym wysoko wiaduktem, znajduje się, ogrodzone płotem, to miejsce.
Zimą w powietrzu unoszą się tam kłęby białej pary. Para ta bije z wielkiego basenu, czynnego cały rok, ponieważ woda jest podgrzewana. Kiedy mrozy dochodzą do trzydziestu stopni poniżej zera, basen staje się rajem dla specjalnej kategorii ludzi, którzy znajdują najwyższą satysfakcję życiową w tym, że kąpią się na takim strasznym mrozie w odkrytym basenie. I nic! I żyją! Że są z tego naprawdę zadowoleni, widzimy po sposobie, w jaki wychodzą z wody i przechadzają się skrajem basenu: ich ruchy są energiczne, sylwetki - sprężyste, pierś wysunięta do przodu, głowa uniesiona do góry.
Jesień 1812 roku. Napoleon na czele swojej rozbitej i zdziesiątkowanej armii opuścił Moskwę i uchodzi z Rosji. Poniósł druzgocącą klęskę. Rosjanie rozwijają ofensywę, triumfują. Panujący wówczas car Aleksander I, żeby wyrazić wdzięczność Opatrzności, że "uratowała Rosję od grożącej jej zagłady", postanawia wybudować w Moskwie świątynię "pod wezwaniem tego, który zbawił Rosję" - pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela.
Świątynia ma być tak wielka, jak wielka jest wdzięczność cara dla Syna Bożego - ma być więc olbrzymia, gigantyczna.
Jednakże ponieważ car był zajęty podbojem Azerbejdżanu i Besarabii, a także z powodu bałaganu i może zwyczajnie - zapomnienia, świątyni za jego życia nie postawiono. Dopiero następca i brat Aleksandra I - Mikołaj I, w piątym roku sprawowania swojej imperatorskiej władzy, a więc w 1830, podjął na nowo ideę zbudowania owej świątyni wdzięczności. W dwa lata później car zatwierdził projekt budowy, przedstawiony mu przez architekta Konstantina Tona. Przez sześć lat Mikołaj I zastanawiał się, gdzieby tę świątynię postawić. W końcu zdecydował się i wybrał to właśnie miejsce, w którym dziś specjalna kategoria ludzi, kąpiąc się w odkrytym basenie w czasie tęgich mrozów, daje dowody swojej dzielności i hartu. Miejsce to miało dwie zalety: leżało blisko Kremla, a po drugie - tuż obok płynęła rzeka, w której prawosławny Lud Boży mógł dokonywać swoich tradycyjnych, religijnych ablucji.
Wkrótce car powołał Komitet Budowy Świątyni Chrystusa Zbawiciela i prace ruszyły na wielką skalę.
Budowa trwała nieprzerwanie 45 lat.
Pieczę nad nią sprawował Mikołaj I, który jednak zmarł w 1855 roku, w tajemniczych okolicznościach. Dzieło ojca prowadził dalej jego syn - car Aleksander II, ten wszakże zginął w zamachu bombowym w marcu 1881. Na szczęście stałą i gorliwą troskę o stan budowy przejawiał również następny car, syn Aleksandra II - Aleksander III. Żaden z nich nie szczędził tej ambitnej (i zdawałoby się - wiekopomnej) sprawie czasu ni pieniędzy. Nie tylko Moskwa, nie tylko Rosja, ale i świat cały przyglądał się w zdumieniu i niemym podziwie tej budowie. Carowie przychodzili i odchodzili, stare pokolenia marły, a nowe zaludniały świat. Rosja coraz to rzucała się w odmęty kolejnych wojen i podbojów albo cierpiała z powodu powracających fal głodu i epidemii, a jednak nic nie mogło przerwać, a nawet opóźnić prac nad tym unikalnym i niebywałym dziełem.
Poświęcenie świątyni odbywa się w obecności cara Aleksandra III 26 maja 1883. Zebrani, choć zewnętrzna strona budowli, powstającej latami na ich oczach, była im przecież znana, teraz, po wejściu do wnętrza, wydają okrzyk uniesienia i zachwytu. Podane przez architektów cyfry podnoszą jeszcze ten nastrój niezwykłości i ekstazy.
Bo rzeczywiście. Świątynia Chrystusa Zbawiciela ma ponad 30 pięter. Jej ściany mają 3,2 metra szerokości - zbudowano je z 40 milionów cegieł. Ściany te - na zewnątrz i wewnątrz - pokrywają płyty z marmurów ałtajskich i podolskich oraz z fińskiego granitu. Płyty, na całej powierzchni świątyni, są przymocowane do cegieł za pomocą specjalnych ołowianych uchwytów. Święty przybytek wieńczy gigantyczna kopuła, pokryta miedzianą blachą, a waga tej blachy wynosi 176 ton. Na szczycie stoi trzypiętrowy krzyż. Kopułę otaczają 4 dzwonnice, w których wisi 14 dzwonów o łącznej wadze 65 ton. Główny dzwon waży 24 tony (największy polski dzwon - "Zygmunt" na Wawelu - waży 8 ton). Do wnętrza cerkwi prowadzi 12 wrót wykutych z brązu. Ich łączna waga wynosi 140 ton.
Najbardziej imponujące jest wnętrze. Oświetlają je świece umieszczone w trzech tysiącach świeczników. A ponadto - ponieważ zwyczajem prawosławnym wierni wchodzą do cerkwi i zapalają swoje świece, a wiernych tych świątynia może każdorazowo pomieścić kilkanaście tysięcy - łuny biją z okien świątyni na wielką odległość.
Ale we wnętrzu - co jest we wnętrzu? Po wejściu widzimy przed sobą gigantyczny i olśniewający ikonostas, na który zużyto 422 kilogramy złota. Ikonostas odbija owo rozmigotane światło tysięcy łojowych świeczek, a jego intensywny i władczy blask wprowadza nas niepostrzeżenie w natchnione i pokorne skupienie.
Ściany w ich części dolnej, pokrywa 177 płyt marmurowych na których wyryto następujące dane:
- daty i miejsca bitew oręża rosyjskiego;
- nazwy walczących tam pułków i dywizji oraz nazwiska ich dowódców;
- liczby zabitych i rannych;
- kto i jakie otrzyma! odznaczenia, w szczególności, komu przyznano Krzyż Świętego Jerzego.
Wyżej, ponad marmurowymi płytami, aż do szczytu kopuły powierzchnię ścian pokrywały obrazy, namalowane specjalną techniką na białych tynkach. Były tam portrety świętych, sceny z życia Chrystusa i apostołów, motywy biblijne. Autorzy tych dzieł to najsławniejsi malarze rosyjscy owej epoki - Bruni i Wiereszczagin, Kramskoj i Litowczenko, Siedow i Surikow.
Ta imponująca i okazała świątynia, jedyne w swoim rodzaju i rozmachu dzieło architektury, prawdziwa chluba sztuki rosyjskiej, istniała 48 lat - do połowy 1931, kiedy to Stalin postanowił ja zburzyć. Nie odbyło się to w tak drastycznie prostacki sposób, że oto Stalin ogłosił wszem i wobec: - A teraz zburzymy Świątynie Chrystusa Zbawiciela!
Nie! Gdzieżby!
Żadnych takich wystąpień i oświadczeń! Po prostu 18 lipca 1931 w "Prawdzie" ukazała się wiadomość, że władzo ZSRR podjęły decyzję o zbudowaniu w Moskwie Pałacu Sowietów. Wiadomość zawierała leż informację, gdzie ów Pałac ma stanąć. Ludziom postronnym wymieniony adres nie mówił nic, natomiast mieszkańcom Moskwy mówił on wszystko, a mianowicie - Pałac ma być zbudowany w miejscu, w którym stoi świątynia. Dlaczego akurat w tym miejscu? Moskwa jest przecież olbrzymim miastem, dużo tam pustych terenów, nawet w pobliżu Kremla są wolne, nie zabudowane place, można więc było wybrać naprawdę znakomitą lokalizację. A jednak - nie, jednak chodzi dokładnie o ten skrawek ziemi, na którym stoi Świątynia Chrystusa Zbawiciela!
Dlaczego?
Samo wyjaśnienie, że rządzi teraz ateizm, że trwa walka z religią, że zamykają cerkwie i klasztory, byto oczywiście słuszne, ale nie tłumaczyło wszystkiego. W końcu w Moskwie jest mnóstwo cerkwi, nawet na Kremlu są cerkwie, a jednak palec Wodza spoczął właśnie na tym jednym miejscu, tam, gdzie wznosiła się imponująca sylwetką świątyni, którą zbudowali carowie Wszechrosji, aby podziękować Bogu, że zmusił Napoleona do odwrotu i ocalił ich Imperium.
Stalin poleca zburzyć największy obiekt sakralny Moskwy. Dajmy na chwilę pole naszej wyobraźni. Jest rok 1931. Wyobraźmy sobie, że Mussolini, który w tym czasie rządzi Włochami, poleca zburzyć w Rzymie Bazylikę Świętego Piotra. Wyobraźmy sobie, że Paul Doumer, który jest w tym czasie prezydentem Francji, poleca zburzyć w Paryżu Katedrę Notre Damę. Wyobraźmy sobie, że Marszałek Piłsudski poleca zburzyć w Częstochowie Klasztor Jasnogórski.
Czy możemy sobie coś takiego wyobrazić? Nie.
W ciągu jednej nocy olbrzymi plac wokół świątyni otaczają płotem i już od świtu przystępują do pracy. Dzieło zburzenia świątyni można by - stosując kryteria akustyki - podzielić na: a/ etap cichy, b/ etap głośny. W czasie etapu cichego władza rabuje świątynię. Wiemy, jakie w tej cerkwi były skarby. Samego złota prawie pół tony. A ileż ton srebra, mosiądzu, emalii, ametystów! Ileż diamentów i szmaragdów, turkusów i topazów! Ile bezcennych ikon i zdobnych ewangelii, ile pastorałów i kadzielnic! A kolekcje złotem i srebrem tkanych szat liturgicznych, owych tiar, ornatów, pasów, trzewików w drogimi kamieniami!
Wszystko to teraz trzeba było pozdejmować ze ścian i z ołtarzy, powyjmować z szaf i z komód, z ram i z zawiasów. Wszystko to trzeba było wywieźć i schować - a to w magazynach Kremla, a to w sejfach NKWD. Najwięcej pracy było przy zdejmowaniu marmurów. Marmury przyspawane ołowiem do ceglanych ścian nie chciały ustępować, nie dawały się oderwać. Trwało to tygodniami, nie wiemy, czy ta zwłoka denerwowała Stalina. Jeżeli tak - trudno byłoby się temu dziwić Stalin bowiem miał w tym czasie dziesiątki spraw na głowie. Przede wszystkim kierował akcją uśmiercenia głodem dziesięciu milionów ludzi na Ukrainie. Uśmiercenie dziesięciu milionów ludzi przy ówczesnym stanie techniki nie było łatwym zadaniem. Nie znano jeszcze komór gazowych, nie znano broni masowej zagłady. Fakty mówią, że przebieg tej akcji był przedmiotem jego szczególnego zainteresowania. Stalin był człowiekiem podejrzliwym, nikomu nie ufał, sam czytał meldunki z Ukrainy, beształ opieszałych, wydawał nowe polecenia i dekrety, a to przecież musiało kosztować dużo czasu i nerwów. Jednocześnie generalny sekretarz czuwał nad ambitnie pomyślaną rozbudową sieci łagrów - wielkie zadanie w tak ogromnym kraju, tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę ciężki klimat, ogrom trudności transportowych i brak wszelkich materiałów budowlanych. A czas nagli! - Wódz obmyślał już swoją pierwszą wielką czystkę: gdzieś trzeba było pomieścić miliony skazanych. W tej sytuacji trudno byłoby nawet mieć do Stalina pretensję, gdyby na przykład nieco osłabił swój nadzór i zainteresowanie postępami w burzeniu Świątyni Chrystusa Zbawiciela. W końcu miał on już po pięćdziesiątce i musiał czuć w kościach lata morderczej walki o władzę.
A jednak - nie!
Wszystko wskazuje na to, że Stalin nawet na moment me zaniedbał tej sprawy. Można sądzić, że był on świadom, jak ogromne było stojące przed nim i jego ludźmi wyzwanie. Chodziło przecież o to, aby dysponując jedynie bardzo zacofana i prymitywną techniką, zburzyć zaledwie w cztery miesiące (taki termin wyznaczono na tę straszliwą operację) to, co z niezwykłym wysiłkiem i nadzwyczajnym poświęceniem budowano 45 lat.
A przecież i to okazało się możliwe! I kiedy wreszcie świątynia została już ogołocona ze wszystkiego, co dało się wywieźć z jej olśniewającego przebogatego wnętrza, z jej skarbca i garderoby, z jej szaf i skrytek, z ołtarzy i dzwonnic, ze wszystkiego, co dało się zerwać z ikonostasu, ze ścian i wrót, co dało się odkuć, odrąbać, odkręcić, wyciągnąć, wyważyć, wydłubać i wyłamać, kiedy, powiadam, sprawnorękie brygady, pracując dniem i nocą, dokonały ostatecznie swojego dzieła -burzyciele zobaczyli przed sobą widok przejmujący: oto stali we wnętrzu gigantycznej, ponurej i odpychającej skorupy z cegieł, na której to tu, to tam tkwiły uczepione, jak insekty do skóry monstrualnego zwierza, postacie robotników na rusztowaniach.
Analogia z rozdzierającą wizją Gianbattisty Piranesiego nasuwała się sama przez się.
Zaczyna się drugi akt dramatu Świątyni Chrystusa Zbawiciela. Dotąd chodziło o to, żeby ją ograbić i zniszczyć, teraz - aby ją zburzyć i zrównać z ziemią. Tutaj jednak powstał prawdziwy problem techniczny: jak zburzyć tak gigantyczną budowlę stojącą w środku miasta? Najprościej byłoby zbombardować, ale to nie wchodziło w grę, gdyż w pobliżu cerkwi mieszczą się różne ambasady, a przede wszystkim niedaleko jest Kreml. A niechby pilot źle trafił?
Próbowano kuć młotkiem. Ale młotek tu do niczego. Jak można rozkuć młotkiem stumetrowe ściany, których grubość przekracza trzy metry! Oczywiście, w magazynach Armii Czerwonej są dostateczne zapasy dynamitu, aby podłożyć ładunki pod świątynię i wysadzić całą budowlę w powietrze.
Tak, ale jeżeli źle się obliczy i w powietrze wyleci pół miasta, a co najgorsze - wyleci Kreml?
W końcu postanawiają (bardzo przytomnie!) pójść drogą eksperymentów i doświadczeń. A więc kują dziurę i wkładają kostkę trotylu. Huknęło, błysnęło, poszedł kurz. Kiedy tuman opadł zbierają się, patrzą, mierzą - ile wyrwało. Teraz kują większą dziurę i zakładają dwie kostki. Odpowiednio głośniej huknęło jaśniej błysnęło, poszedł większy kurz. I tak krok po kroku, kostka po kostce, metr po metrze. To zwalą kawałek kopuły, to wysadzą szczyt dzwonnicy, to skruszą fragment ściany. Liczą na to, że tymi wstrząsami tak rozchwieją całą konstrukcję, tak rozluźnią i osłabią jej strukturę, że później wystarczy jeden mocny ładunek i wielka świątynią legnie w gruzach.
A co o tym mówią mieszkańcy Moskwy (jest ich w tym czasie trzy miliony)? Przecież burzą ich Bazylikę Świętego Piotra, ich Katedrę Notre Damę, ich Klasztor Jasnogórski. Co mówią? Nic nie mówią.
Życie toczy się dalej. Rano dorośli śpieszą do pracy, dzieci idą do szkoły, babcie stają w kolejkach. Coraz to zabierają a to kogoś z domu, a to znajomego z pracy, a to sąsiada. Ot, życie, takie ono jest.
Pewną aktywność przejawiają tylko mieszkańcy domów sąsiadujących ze świątynią. A mianowicie w wolnych chwilach wychodzą na balkony albo wdrapują się na dachy swoich kamienic i przyglądają się pracy burzycieli - strzałowych i tych, co młotkami rozbijają figury świętych, portale i attyki. Patrzą, przyglądają się, milczą, bo o czym tu mówić? Nikt nie protestuje, nie manifestuje, nie pikietuje. Zresztą Koba by takich rzeczy nie tolerował.
Śmierć świątyni następuje 5 grudnia 1931.
Od rana miastem wstrząsa seria potężnych detonacji. Gdzie stała cerkiew, po południu wznosi się i dymi wysoka góra gruzu. "Straszna cisza panowała w tym miejscu", zanotował jeden e świadków zdarzenia. Nad Moskwą przesunęła się ciężka chmura dymu i pyłu. Zdjęcie, które zachowało się z tego dnia. jest tak nieudolnie zrobione, tak stare i wyblakłe, że trudno po nim zorientować się, czy była już zima. czy był śnieg.
Natychmiast ogłoszono konkurs na projekt Pałacu Sowietów, który (jak pamiętamy) miał stanąć dokładnie na miejscu Świątyni Chrystusa Zbawiciela. Spośród zgłoszonych projektów Stalin wybrał od razu pracę dwóch architektów - Jofona i Szczuko. Nie sposób dziś ustalić, czy Koba powiedział im wcześniej, o co mu chodzi, czy też Jofon i Szczuko sami wiedzieli (lub domyślali się), co jest największą ambicją i szczytem marzeń generalnego sekretarza. A największą ambicją i szczytem marzeń Stalina byto dokładnie to samo, co stanowiło największą ambicję i szczyt marzeń wszystkich przywódców radzieckich, a mianowicie - dogonić i prześcignąć Stany Zjednoczone!
Bo oczywiście i Anglia jest ważna, i Francja, i Niemcy, i Włochy, ale jeżeli spojrzeć na mapę świata, wszystko to są kraje małe, nawet bardzo małe. Duża jest dopiero Ameryka. Prześcignąć Francję dla takiego mocarstwa jak ZSRR - jakiż to honor? Natomiast prześcignąć Amerykę - to tak, to już jest rzeczywiście coś!
Stalin rzecz jasna rozumie, że nie może prześcignąć Ameryki w czymś takim, jak na przykład budowa autostrad czy produkcja samochodów. Ale uważa, że można by znaleźć takie dziedziny, w których, zebrawszy wszystkie siły, dałoby się Stany Zjednoczone dogonić i prześcignąć! Idąc za tą myślą, zręcznie podchwyconą przez Jofona i Szczuko, dochodzi do trafnego wniosku, że czymś takim, czym mógłby Ameryce pograć na nosie, byłoby postawienie budynku większego niż największy gmach w Stanach Zjednoczonych (był nim wówczas Empire State Building w Nowym Jorku) i - żeby już Amerykę pogrążyć do końca - umieszczenie na szczycie owej budowli posągu wyższego niż Statua Wolności.
I oto 4 czerwca 1933 podpisuje on do realizacji projekt Jofona i Szczuko, będący owym śmiałym wyzwaniem rzuconym Ameryce, a więc - konstrukcja Pałacu Sowietów będzie sześć razy cięższa od konstrukcji Empire State Building, wieńczyć ją będzie posąg Lenina, trzy razy wyższy (ponad sto metrów wysoki) i dwa i pół raza cięższy niż Statua Wolności. Inne wskaźniki przyjęte przez Kobę mogą również zaimponować i przyprawić o zawrót głowy:
- wysokość pałacu, łącznie z wieńczącą ją statuą Lenina - 415 metrów (około 150 pięter);
- ciężar pałacu - 1,5 miliona ton;
- pojemność pałacu - 7 milionów metrów sześciennych, co równa się łącznej pojemności sześciu największych wówczas drapaczy chmur w Nowym Jorku.
Posąg Lenina:
- długość palca wskazującego Włodzimierza Iljicza - 6 metrów;
- długość stopy - 14 metrów;
- szerokość ramion - 32 metry;
- ciężar posągu - 6 tysięcy ton.
Przewidziano między innymi import fajansowych płyt z Hiszpanii i majoliki z Florencji. W ogóle znaczna liczba urządzeń miała być importowana z zagranicy.
Przypomnijmy datę, bo jest istotna: czerwiec 1933. Czerwiec 1933 to jeden z tych miesięcy, kiedy pola i drogi Ukrainy zasłane są dziesiątkami tysięcy trupów ludzi zmarłych z głodu, a wypadki (dziś ujawnione) zjadania własnych dzieci przez kobiety oszalałe z głodu i nieświadome już swoich czynów nie są rzadkością. Z głodu umierają zresztą wówczas nie tylko na Ukrainie. Umierają i na Powołżu, i na Syberii, na Uralu i nad Morzem Białym.
Tak, to działo się wszystko razem - i zburzenie świątyni, i miliony ludzi zamorzonych, na śmierć, i pałac, który miał przyćmić Amerykę, i kanibalizm owych nieszczęsnych matek.
Z powodu budowy Pałacu Sowietów rodziły się dwa pytania: pierwsze - dlaczego ma być aż taki ogromny, drugie - dlaczego ma stanąć dokładnie tam, gdzie wznosiła się Świątynia Chrystusa Zbawiciela.
Dlaczego taki ogromny, już wiemy - chodziło o to, żeby dogonić i prześcignąć. A dlaczego ta lokalizacja? (Dodajmy, że świątynia stała na fatalnym gruncie, na tak zwanej kurzawce, to znaczy na ziemi ruchomej, niestałej, porowatej, ciągle podchodzącej wodą. Gleba to dla budownictwa zdradliwa, kapryśna, podwajająca koszta każdej inwestycji, choć koszta, co prawda, nie miały tu żadnego znaczenia.)
Długo głowiłem się nad znalezieniem odpowiedzi, aż wyratowała mnie wizyta w Irkucku. Miałem tam ze sobą stary przewodnik po mieście. Była w nim fotografia wielkiego placu, na którym stała bardzo dekoracyjna cerkiew-sobór katedralny z 1894 roku. Odnalazłem plac, ale nie zobaczyłem soboru. - Gdzie jest ta cerkiew? - spytałem jakiegoś przechodnią, pokazując mu w przewodniku fotografię soboru. - A tu - odpowiedział niechętnie i wskazał palcem na ciężką, szarą budowlę, nad którą powiewała czerwona flaga. Mieścił się tu komitet obwodowy rządzącej partii. Podszedłem bliżej, porównując widok placu utrwalony na fotografii z jego stanem obecnym. Tak, wszystko się zgadzało - gmach komitetu partyjnego został zbudowany na fundamentach soboru katedralnego.
Car jest Bogiem - w tej dwoistej naturze Władzy Najwyższej w Rosji leżała jej stabilność, trwałość i siła. Władza ta mogła wszystko, ponieważ miała sankcje Niebios. Car był wysłannikiem i pomazańcem Wszechmogącego, więcej - był jego uosobieniem, ziemskim odbiciem. Tylko ten, kto utrzymywał (i jakoś to udowadniał), że jego władza ma bosko-ludzką naturę, mógł tu sprawować rządy, prowadzić za sobą lud, liczyć na jego posłuszeństwo i oddanie. Stąd tylu w historii Rosji carów-samozwańców, fałszywych proroków, nawiedzonych i fanatycznych świątobliwców - wszyscy oni mogą sprawować rząd dusz, ponieważ dotknął ich palec boży. Ten palec boży jest w tym wypadku jedyną legitymacją władzy.
Bolszewicy usiłują wpasować się w tę tradycję, zaczerpnąć z jej życiodajnych i sprawdzonych źródeł. Bolszewizm oczywiście kolejny samozwaniec, ale samozwaniec idący dalej: nie jest on już jedynie ziemskim odbiciem Boga on jest Bogiem. Aby to osiągnąć, aby wykreować się na nowego Boga trzeba zburzyć Domy dawnego Boga (zburzyć albo pozbawi rangi miejsc świętych, zamieniając je w składy paliw czy magazyny meblowe), a na ich fundamentach wznieść nowe świątynie, nowe obiekty admiracji i kultu - Domy Partii. Palące Sowietów, Komitety. W tej transformacji, a ściślej - w tej rewolucji, operuje się prostą i radykalną zamianą symboli. Oto w tym miejscu (stalą tu cerkiew), gdzie przepełniony żarliwą wiarą oddawałeś hołd Wszechmogącemu (który jest w niebie), będziesz teraz (stoi tu Dom Partii) oddawać hołd Wszechmogącemu (który jest na ziemi). Słowem, zmienia się sceneria, ale w historii, która się toczy na jej tle, pozostaje nie zmieniona zasada główna - zasada kultu. Toteż nieprzypadkowo, kiedy po śmierci Stalina krytykowano jego rządy, sięgnięto do terminologii ze słownika teologicznego - kult jednostki.
Autor krytycznej biografii o Stalinie - Roj Miedwiediew, pisał:
"W pierwszych dziesięcioleciach XX wieku nawet wśród marksistów istniał prąd «bogotwórców», reprezentowany wtedy przez Anatolija Łunaczarskiego, Wadima Bazarowa i nawet Maksima Gorkiego. Uważali oni za swoje zadanie utworzenie na podstawie marksizmu-leninizmu jakiejś «proletariackiej religii bez Boga». Stalin faktycznie przejął i nawet wykonał to zadanie, ale z istotnymi poprawkami. Przyczynił się do stworzenia na podstawie marksizmu czegoś w rodzaju religii, ale z Bogiem, przy czym wszechmogącym, wszechwiedzącym, a groźnym Bogiem nowej religii ogłoszony został sam Stalin.
Plany Stalina dotyczące budowy Pałacu Sowietów skomplikował niespokojny i nieprzychylny bieg wydarzeń. W tym samym bowiem czasie, kiedy gensek myśli skupić się na budowie pałacu, ożywiają się (z zupełnie innych powodów) resztki (nieśmiałej i słabej, ale jednak) opozycji antystalinowskiej. Nawet najmniejsza opozycja jest w warunkach tamtego systemu bardzo groźna i Stalin musi zająć się walką z tą spędzającą mu sen z oczu zmorą. W kilka miesięcy po zatwierdzeniu projektu Jofona - Szczuko umiera szef GPU - Mienżyński, a jego miejsce z nominacji Stalina zajmuje krwiożerczy oprawca, zresztą aptekarz z Łodzi - Henryk Jagoda. Wkrótce, z inspiracji Stalina, ginie jego główny konkurent - Kirów, a śmierć ta jest dla genseka hasłem do pierwszej wielkiej masakry, która do historii przechodzi pod złagodzonym terminem czystki. Potem są tak zwane wielkie procesy moskiewskie, w których Stalin rozprawia się ze swoimi najbliższymi współpracownikami, potem przychodzi następna masakra - w roku 1937. potem zajmuje się on zaborem Polski, Litwy, Łotwy i Estonii, wojną z Finlandią, wreszcie - drugą wojną światową. Tuż po wojnie musi przesiedlać różne narody, które posądzą o zdradę (Krymskich Tatarów, Czeczeńców, Inguszów itd.), musi nadzorować wywózkę na Sybir i do Kazachstanu całych transportów Polaków, Litwinów, Niemców, Ukraińców, musi organizować nowe procesy i masakry, a potem robi się już stary, dostaje wylewu krwi do mózgu i umiera. Wobec takiego nawału zajęć nie sposób oczekiwać, aby mógł spokojnie zająć się budową pałacu. Ponieważ ostatnimi laty nie miał zwyczaju opuszczać Kremla, jest niemal pewne, że nie zajrzał nawet na plac przyszłej budowy, aby zobaczyć, co się na nim dzieje.
A nie działo się dobrze.
W głębokim wykopie stała woda, w której chłopcy z okolicy próbowali łapać ryby. Czy były ryby - nie wiem. Z czasem rozmnożyło się tam mnóstwo żab. Woda pokryła się zieloną rzęsą. Latem plac zarastała gęstwa chwastów - łopianów, lebiody, pokrzyw. Miejscami wyrosły też kępy krzaków. Krzaki dawały schronienie miejscowym pijakom i prostytutkom. Co siedziało na placu, było widać z ulicy coraz lepiej, bo ludzie rozbierali płot, kradnąc drewno na opał, aż nic już nie zasłaniało żałosnego śmietnika, który się rozpanoszył tuż pod bokiem Kremla.
W końcu bodaj Chruszczow kazał - wykorzystując fundamenty Świątyni Chrystusa Zbawiciela - zbudować w nich odkryty basen, dający tyle radości owym dumnym z siebie osiłkom, którzy przy trzydziestostopniowym mrozie przechadzają się skrajem basenu, wypinając wysoko swoją nagą pierś. Czasami znikają w kłębach gęstej pary, która zimą unosi się wysoko nad tym niezwykłym miejscem.
Przewodniczącym komisji powołanej przez Stalina dla zburzenia i wymazania z mapy Moskwy i Rosji Świątyni Chrystusa Zbawiciela był Wiaczesław Mołotow. Ten sam. który w kilka lat później podpisał (wraz z Ribbentropem) pakt o wymazaniu Polski z mapy świata.
|
|