Rio Anaconda - Wojciech Cejrowski
Ogon jest jeden, a much wiele...* - powiada Księga Mądrości Mu. Znaczy to mniej więcej tyle, że wszystkich kłopotów od siebie nie odgonisz - niektóre muszą cię dosięgnąć i boleśnie ukąsić.
Kto nie jest w stanie cierpliwie znosić ukąszeń losu, będzie coraz więcej czasu tracił na bezskuteczne wymachiwanie ogonem. I stopniowo popadnie w obłęd, gdyż całą treścią jego życia stanie się unikanie nieuniknionego.
Księga Mądrości Mu uczy, że zamiast się z nieuniknionym szarpać, lepiej mu się poddać i przeczekać. Ogon jest jeden, a muucb wiele...* - powiada Mu i zaraz potem dodaje: ...ale wszystkie w końcu kiedyś odlatują.*
*Cytaty, w tłumaczeniu Autora, na podstawie wydania angielskiego The Wisdom of Moo -Oxford 1832.
łatwiej uzyskać rozgrzeszenie niż pozwolenie
Latynosi uwielbiają się targować. To dla nich rozrywka taka, jak dla innych ludów pokerek albo szachy - czysta przyjemność.
I wcale nie jest najważniejsze, kto wygra, bo już sama potyczka jest miła. Zwycięstwo to tylko deserek.
Kiedy Latynos się z tobą targuje, często wcale nie chodzi mu o pieniądze. Tak było i w tym przypadku. Gdyby Ambrosio zażądał 50 dolarów, byłoby dla mnie jasne, że chce dostać dziesięć i ani centa mniej. Ale skoro sam zaczął od dziesięciu - było to raczej zaproszenie do gry niż przymawianie się o konkretną łapówkę.
Niebezpieczeństwa dzikiej przyrody mają swoje jasno określone reguły, swój kodeks postępowania i następowania, swój "honor"... Dzięki temu są przewidywalne. A skoro tak, to łatwiejsze do uniknięcia. W dżungli zawsze wiesz, w co grasz.
Natomiast tam, gdzie rządzi cywilizacja, niebezpieczeństwa stają się bezduszne, podle, bestialskie... nieludzkie. Niebezpieczeństwa, które kreuje człowiek, polegają na łamaniu reguł. A skoro tak, to nigdy nie wiesz, w co grasz.
Impregnowanie wiary strachem nie jest może najbardziej nowoczesną metodą rozwoju duchowego, ale wciąż skuteczną. Podawany w odpowiednich dawkach, strach prostuje człowieka. Strach jest dobry.
Oczy nie kłamią. Twarz możesz nauczyć wszystkiego, wyćwiczyć w układaniu się w dowolną minę - oczy pozostają poza zasięgiem woli. Bo oczy to zwierciadło duszy, a dusza nie jest własnością człowieka i nie mamy nad nią władzy. Dlatego zdrajca ucieka ze spojrzeniami, oszust kryje się za ciemnymi szkłami okularów... Tak czy siak, było za późno - moje pytanie wisiało w powietrzu, a wulkany kopciły.
Oczy nie kłamią. Twarz możesz nauczyć wszystkiego, wyćwiczyć w układaniu się w dowolną minę - oczy pozostają poza zasięgiem woli. Bo oczy to zwierciadło duszy, a dusza nie jest własnością człowieka i nie mamy nad nią władzy. Dlatego zdrajca ucieka ze spojrzeniami, oszust kryje się za ciemnymi szkłami okularów... Tak czy siak, było za późno - moje pytanie wisiało w powietrzu, a wulkany kopciły.
Będąc w Kolumbii, przeprowadziłem pouczającą rozmowę z "pracownikiem" kartelu - szeregowym przetwórcą, ojcem rodziny... itd. Był to dobry, miły człowiek. Nie żaden zdeprawowany mafioso.
Oto co mi powiedział:
Wszyscy tu wiedzą, jak to jest z produkcją koki. I nie tylko tu - właściwie wszędzie wszyscy wszystko na ten temat wiedzą i wszyscy wolą problemu nie ruszać, Po co? Żeby zginąć? A za co tu ginąć? W obronie białych degeneratów, którzy gdzieś daleko stąd chcą ćpać nasz towar?
Kartel gwarantuje moja nietykalność i ochronę. Zanim mnie dowiozą do Bogoty, już będę wolny. Odbiją mnie. Albo ktoś tam na górze wyda odpowiednią decyzję. Kartel wszędzie ma swoich ludzi, a już na górze szczególnie. W Kolumbii nie kandyduje się na stanowiska bez poparcia mafii. Nawet jeżeli któryś z polityków oszukuje sam siebie, że wygrał czysto, prędzej czy później okaże się, że i do niego prowadzą sznurki, za które da się pociągnąć.
Nasze laboratorium to taka sama chata jak inne w tej okolicy. Stoi sobie na uboczu, pięć godzin motorówką od puebla. Mamy własny generator, porządny kibel, kucharkę, ujęcie wody pitnej i dobre pensje. Żyję jak w raju. Dawniej pracowałem na platformie wiertniczej. Tryb pracy podobny - wyjeżdżałem na kilka miesięcy, potem miałem kilka tygodni wolnego. Rodzina do tej pory myśli, że jeżdżę na platformy.
Koka to najbardziej ekologiczna uprawa, jaką zna świat. Rośnie sama, nie wyjaławia ziemi, jest częścią naturalnego ekosystemu. Każdy inny przemysł niszczy środowisko. Nawet rolnictwo psuje ziemię. A koka to czysty interes i czysty przemysł.
Gdyby nie zakazy sprowadzania w te okolice odpowiednich chemikaliów, moglibyśmy przetwarzać kokę jeszcze taniej i zupełnie bez odpadów. Nie trzeba by się bawić z cementem... czyściusieńki biznes.
A kwestie moralne?
Przecież nikt was nie zmusza do kupowania. Nie zmuszajcie więc nas do zaprzestania produkcji. Albo płaćcie za nieprodukowanie - wtedy proszę bardzo, przestaniemy. Podobnie jak z wydobyciem ropy w dżungli - kupcie od nas tę ropę, która jest w naszej ziemi, a jak już będzie wasza, to możecie jej nie wydobywać.
Łatwo wam mówić o ochronie lasów, kiedy to są lasy w naszym kraju. Chcecie mieć czyste powietrze, to je od nas kupcie. A jak nie chcecie płacić, to me miejcie pretensji, że my, biedni, niszczymy tropikalny las. Też chcemy żyć. I gdy nam głód zagląda w oczy, rąbiemy puszczę, sprzedajemy drewno, pompujemy ropę, trujemy rzeki w poszukiwaniu złota, wyłapujemy ryby do ostatniej sztuki... I nikt tego nie zatrzyma, choćby nam nie wiem co opowiadał o płucach świata i innych tego typu pierdołach. Jak jesteś głodny, to cię interesuje wyłącznie własny brzuch, a nie czyjeś płuca.
Tak mi to opowiedział producent kokainy. I... (teraz bezsilnie rozkładam ręce) ...patrząc na sprawy z jego strony, miał chłop rację.
Płynęliśmy do znudzenia. Ja, dwaj Indianie i świnia. Normalna (świnia domowa, czyli najbardziej inteligentne z udomowionych zwierząt. I muszę przyznać, że wykazywała się inteligencją na bieżąco. Otóż, nie była spętana, nie miała worka na głowie ani jej nie podano ziół na sen, a jednak nie próbowała wywrócić łodzi ani wskoczyć do rze.. do mgły, tylko leżała sobie grzecznie na dziobie i patrzyła w wo.. we mgłę.
A po co komu świnia na łodzi? - zapytacie. Świnie zabierano na te wody już w czasach konkwisty. Kto nie wierzy, niech poczyta pamiętniki wilków morskich. Tam napisano jak wół, że świnia to wybawca rozbitków - kiedy wpadnie do wody, ustawia się zawsze ryjem w stronę brzegu, a wyporność ma wystarczająca, by utrzymać na powierzchni mężczyznę. Świnie uratowały niejednego człowieka i to najczęściej po dwa razy - najpierw od utonięcia, a potem od śmierci głodowej.
Przypuszczałem więc, że wieziemy ją ze względu na czuły ryj - gdybyśmy się w tej mgle wywrócili, byłby on jedyną wskazówką, w którą stronę płynąć.
- A ty nigdy nie korzystasz z czarów, których nie umiesz odwrócić?
- Nigdy, gringo. Cokolwiek czynisz, musisz umieć to zatrzymać i odwrócić. Bo przecież nigdy nie wiesz, czy obrana droga jest dobra.
Rozmowa z użyciem słów to najmniej wydajna forma wymiany myśli - tak, jakby ktoś spisywał tekst z ekranu jednego komputera, by potem to wszystko wklepać ręcznie na inny komputer.
Potykamy się o kolory, zapachy, wrażenia dotykowe... Kulejemy, opowiadając o uczuciach, odczuciach, śpiewie ptaków...
Wywracamy się zaplątani w sznurowadła słów, przy każdej próbie rozmowy o naszych emocjach...
A relacje kulinarne są jak spacer po polu minowym - prędzej czy później ktoś wpada na pomysł, że to smakowało jak kurczak. |
|